Assassin's Creed: Origins - Recenzje

13
YASIU

Nie ważne jak się zaczyna, ale jak kończy. Wspomniane stwierdzenie idealne pasuje do serii o Assassynach, bo choć jeszcze nie zakończyła ona swego żywota, to jednak ostatnie odsłony zaczęły zmierzać w tym niebezpiecznym kierunku. Ubisoft postanowił więc nie czekać na widmo kraksy tylko zrobił sobie przerwę, a następnie zaczął działać.

W ten oto sposób z ogarniętego deszczowym klimatem wiktoriańskiego Londynu znanego z kiepsko odebranego Syndicate zabrano nas w pogodne otoczenie Egiptu wielkiej Kleopatry. Tym samym Francuzi zaskoczyli wszystkich oferując dotychczas niespotykany okres historii świata w grach wideo. Czy owa rewolucja jest rzeczywistą rewoltą dla samej sagi przynoszącą długo oczekiwane zmiany, a może jedynie zasłoną dymną dla dalszego mamienia naiwnych graczy przez popularnego producenta?

 

Zacznijmy od samego początku...

Tym razem Animus przenosi nas w zakamarki najodleglejszych wspomnień sięgających czasów Egiptu i medżaja Bayeka targanego rządzą zemsty za osobistą tragedię, który przypadkowo wplątuje się w wielką aferę z polityczną zawieruchą w tle. 
Należy przyznać, że po wielu miałkich częściach scenarzyści podjęli świetną decyzję o cofnięciu nas w czasie i odpowiedzeniu na ważne pytanie: od czego to wszystko się zaczęło, a więc w jaki sposób powstał legendarny zakon Assassynów trwający do dnia dzisiejszego. Rozwiązanie tej tajemnicy jest intrygujące oraz warte uwagi.

 

 

Zdecydowanie odrzucę teorie pojawiające się w internecie jakoby początek "zabijał" chęć dalszego poznawania fabuły. O ile może faktycznie brakuje tutaj solidnego iście amerykańskiego rąbnięcia, a dodatkowo przodka osadzonego we współczesności owiano aurą tajemniczości, tak zwyczajnie musimy dać temu tytułowi szansę, bowiem im dalej w las tym ciekawiej.

Równie śmieszne okazały się stwierdzenia sugerujące bezpłciowość głównego bohatera - Bayeka. Może pod względem charakteru rzeczywiście nie pobije Geralta z Rivii, ale da się z nim zaprzyjaźnić i wczuć w jego dramat. Z drugiej strony nie ukrywam, iż w ewentualnej kolejnej części najchętniej ujrzałbym Assasynkę.

Zadania poboczne w moim mniemaniu zostały wykonane bardzo słabo, wręcz na odwal się. Cały schemat opiera się dokładnie na tym samym, obecnym w tysiącu innych produkcji – "idź, wykonaj, wróć". Dodatkowo w tym wypadku spora część misji polega na odbijaniu więzionych celów, czy eliminacji konkretnych osób przez co po pewnym czasie zaczyna wiać zwyczajną nudą i wyraźnym brakiem jakiegoś urozmaicenia. 

Wspomniana niechęć jest tym bardziej potęgowana, albowiem, by ukończyć z sukcesem jakąś misję fabularną musimy posiadać odpowiedni poziom bohatera. Co prawda pojawia się skromna sugestia „sugerowanego” levelu, acz w praktyce wygląda to tak, że jeśli rzucimy się w wir zadania głównego, to obecni w nim przeciwnicy powalą nas po średnio dwóch ciosach. Co trzeba zrobić, by wbić wymagany poziom? Przede wszystkim robiąc owe aktywności dodatkowe. 
Prawdę mówiąc całe rozwiązane w moim mniemaniu zamiast pomagać jedynie szkodzi, bo zadania poboczne jak sama nazwa wskazuje powinny być wykonywane z własnej woli i w wolnej chwili, bez związku z opowieścią. 

Rozwój postaci przypomina mi ten znany z trzeciego Wieśka. Generalnie całość podzielono na trzy dość duże gałęzie – Wojownika, Uczonego i Wróża. Początkowo przy małej ilości zdobywanych punktów warto wybrać sobie kierunek w jaki chcemy pójść, nim staniemy się Assassynem idealnym. W moim wypadku bardziej opłacał się wojownik, albowiem ten element najbardziej przydaje się przy każdej lepszej zadymce. 

 

Wreszcie walki godne legendarnych Gladiatorów?

Największą bolączką praktycznie całej marki Assassin's Creed począwszy od części pierwszej, a na ostatniej skończywszy był system walki. Opierał się on na spamowaniu praktycznie jednego przycisku, który wystarczał, by powalić tabun przeciwników. Jednak twórcy Origins poszli po rozum do głowy i przemodelowali pojedynki od podstaw. Ostateczny efekt wyszedł fenomenalnie. Od teraz nie wystarczy już tylko wciskać w kółko tego samego przycisku, a należy stosować osłony  za pomocą tarczy, czy wiele kombinacji dających konkretne ciosy kończące, które idzie odblokować wraz z postępem w grze. 

 

 

Dokładnie tak jak w poprzednich odsłonach, choć gra wprost nam tego nie sugeruje, to opłaca się działać w ukryciu i dyskretnie eliminować wyznaczone cele. Przynajmniej ja wolałem stosować ową taktykę, bo otwartych bitew w sporej ilości wypadków idzie uniknąć. 

Całkowicie nie zgodzę się również z teorią jakoby sztuczna inteligencja wrogów była źle zaprogramowana. Jeśli skryjemy się w zaroślach, czy dedykowanych wozach z sianem, to rzeczywiście jesteśmy nietykalni, lecz tylko w chwili w której nie zostaliśmy zauważeni nawet na dalszy dystans. By umknąć goniącemu nas stadu dzikich żołnierzy musimy się solidnie napocić. Nie występuje tu także podobny jak chociażby w Śródziemiu: Cień Wojny efekt likwidacji danego osobnika na oczach kolegi przy całkowitej bierności tego drugiego – w takim przypadku jesteśmy praktycznie od razu atakowani. 

Lista dostępnego arsenału może budzić podziw. Bayek korzysta nie tylko z pospolitych mieczy, ale również łuku. Ten ostatni jest zaiste niezwykle pomocnym orężem zwłaszcza przy mocniejszych oponentach, których lepiej zabić właśnie przy jego pomocy niż lecieć z mieczykiem (korzysta z niego też praktycznie każdy nieprzyjaciel). Oczywiście wszystkie te rzeczy nabywamy podobnie jak w RPGach – kupując, robiąc misje lub lootujac napotkane miejscówki. 

Do miłych nowości zaliczę obecność orła Seku będącego niczym innym jak... ówczesnym wydaniem drona. Wierny towarzysz podróży służy nam do podglądania świata z góry i często pomaga zlokalizować dany cel. Niezwykle przydatna rzecz w tak ogromnym środowisku. 

 

Podziwianie widoków

Egipt, to bez wątpienia jedno z największych krajów na świecie. Doskonale z takiego stanu rzeczy zdawali sobie sprawę projektanci Ubisoftu, którzy wręcz musieli stanąć na wysokości zadania i pod względem wielkości terenu przebić wszystko to co dotychczas spotkaliśmy w serii o skrytobójcach. Mało tego. Osobiście zaryzykuję nawet stwierdzenie, że powierzchnia kraju znad Nilu przebija również kolosa jakim jest Wiedźmin 3. 

 

 

Tutaj spory plus za wyłożenie kawy na ławę – otrzymaliśmy dostęp do wszystkiego od samego początku, żadna z lokacji nie jest zablokowana dzięki czemu możemy udać się gdziekolwiek tylko chcemy, odkrywając otaczający nas świat. A uwierzcie mi jest co zwiedzać – dla tych co nie mogą się wybrać w realu – piramidy egipskie, pustynia, czy świątynie, to tylko mały odsetek tego co możemy zobaczyć. 

Przedpremierowe pokazy gry często oszałamiały wizualnymi możliwościami. Niestety finalny efekt wyszedł w jakimś stopniu gorzej od zamierzonego, bowiem zarówno na konsolach jak i komputerach przypomina bardziej dwuletniego Wiedźmina 3, aniżeli rewolucyjną technologię graficzną. Oczywiście nie oznacza, to, że jest kiepsko, wręcz przeciwnie – zarówno efekty wody, piasek, wszelkie lokacje, czy ogółem otaczający nas świat wyglądają bardzo ładnie. Tylko po prostu zdałem sobie sprawę, iż prawdziwe „łał” ujrzą wyłącznie posiadacze Xboxa One X, który może przebić nawet PlayStation 4. 

Tego samego z wielkim żalem nie mogę napisać o mimice twarzy postaci, które choć nie wyglądają jak w niesławnej Andromedzie, to są kompletnie drętwe. W sumie pasujące do obecnych dialogów postaci. 

 

 

Zawartość premium to rzecz, której szczególnie nienawidzę w obecnie wydawanych produkcjach, zwłaszcza przeznaczonych wyłącznie dla pojedynczej osoby. Ubisoft postanowił podobnie jak wielu producentów rzucić się na dodatkowy hajs ludzi i zaoferować opcjonalne pakiety kredytów za które kupimy sobie ładniejsze stroje, czy bronie. Niestety działa tutaj zasada "płacisz-masz lepiej", albowiem oręż jest lepszy od tego znalezionego w trakcie przechodzenia gry. 

Po za tym ceny również raczej odstraszają aniżeli zachęcają - serio chce wam się płacić za minimalny pakiet 20 zł, a najdroższy... 200 złotych?! I jaki to ma sens w tytule offline?

 

Assassyn na miarę naszych marzeń?

Prawdę powiedziawszy nie takiego Assassyna wyczekiwałem, jednakże jak zwykłe pojawia się jakieś ALE. W tym wypadku haczyk polega na tym, iż mamy do czynienia po prostu ze świetnie zrealizowaną grą, umiejscowioną w nieskalanym przez branżę interesującym okresie historycznym. Nawet jeśli czerpano tutaj pewne wzorce od co by nie było wirtualnej legendy, czyli Wiedźmina 3, to co z tego. Zdecydowanie warto przenieść się w czasy intryg z Kleopatrą w roli głównej. 

Assassin's Creed: Origins

Ocena
8.5
Wasza ocena
brak
Oceń grę
  • Plusy
  • Fabuła umiejscowiona w pełnym politycznych intryg Egipcie
  • Nowe, znacznie bardziej wymagające walki
  • Ogromnie rozbudowany świat
  • Oprawa graficzna...
  • Minusy
  • Zmuszanie do przechodzenia znacznej ilości nudnych zadań pobocznych w celu nabicia levelu
  • Problemy z optymalizacją - gra potrafiła złapać laga oraz raz wyrzucić do menu głównego (wersja na XONE)
  • ... która lepiej będzie wyglądać dopiero na Xbox One X
O autorze
YASIUYASIU
1351 0

1 Komentarz

awatar
Dj Suka (gość) 16 dni temu

"Rozwój postaci przypomina mi ten znany z trzeciego Wieśka. Generalnie całość podzielono na trzy dość duże gałęzie – Wojownika, Uczonego i"

...i Wróża:)

Nie zgadzam się jakoby system walki był genialny. Animacja z podniesioną tarczą jest kiepska a poruszanie podczas pojedynków przypomina jazdę po lodzie. Po opuszczeniu bloku tarczą po 3 sekundach Bayek automatycznie chowa broń poza starciem. W wiedzminie można było samemu o tym zdecydować (była taka opcja w menu). Zabrakło naprawdę wielu animacji, nie mówiąc o takiej kpinie, że miecze trzymają się powietrza przy ciele Bajeka a tarcza jest przybita gwożdziami do pleców. Brakuje ewidentnie możliwości dobijania leżących przeciwników co równiez było w Wieśku. Parodią jest walka z konnicą kiedy Bajek chlasta konia a nie jeźdżca. Można wymieniać do wieczora. Genialna gra ale tyle tematów olali że powinni zostac ponownie skarceni za niedociągnięcia.

0 Odpowiedz