Z karabinem na Hitlera! - O grach, w których strzelamy do nazistów - Publicystyka

40
JohnSnake

Grany przez Brada Pitta Aldo w Bękartach Wojny stwierdza, że jego ekipa zajmuje się zabijaniem nazistów, a nie braniem jeńców. I że ten interes jak najbardziej kwitnie. Ta przesiąknięta czarnym humorem wypowiedź ma dla mnie także drugie dno – otóż w naszych czasach zginęło więcej nazistów niż podczas całej II Wojny Światowej. Przyczyniliśmy się do tego my, gracze. Niemal codziennie żołnierze III Rzeszy dokonują swoich wirtualnych żywotów dzięki nam. Ilość gier pozwalających na własnoręczne zatłuczenie pupilków Hitlera jest po prostu przytłaczająca. Dzisiaj skupię się na tych najbliższych naszym sercom – strzelankach i grach akcji wszelkiej maści.

 

Na frontach II Wojny Światowej

 

Szturm na plażę Omaha. Najpierw zobaczyliśmy go w jak najbardziej brutalnej formie w filmie Szeregowiec Ryan, by kilka lat później (konkretnie w 2002 roku) przeżyć go osobiście w Medal of Honor: Allied Assault. Wtedy było to dla mnie objawieniem, chociaż nie zdawałem sobie z tego do końca sprawy. Omaha w Medal of Honor oznaczała, że zabijanie nazistów wkroczyło na wyższy, bardziej osobisty poziom. Temat podchwyciły pierwsze dwie części Call of Duty, które pokazały, że nasi koledzy z oddziału nie są anonimowymi kukłami. Od tego momentu wojnę się przeżywało, a na każdego martwego alianta przypadał cały stos nazistowskich trupów. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że o ile produkcje od Infinity Ward wciąż trzymają się dobrze, tak Allied Assault nie przeszedł próby czasu. Zarówno te tytuły jak i późniejsze World at War oraz Airborne łączy jednak podejście do tematu nazistów, którzy zdawali się być wypuszczani z fabrycznej taśmy w ekspresowym tempie, wszyscy tak samo podatni na obrażenia, niewyobrażalnie słabi w porównaniu do nieziemsko wytrzymałych oddziałów brytyjskich i amerykańskich.

 

 

Masowe mordowanie żołnierzy Adolfa miało swój urok, ale niektórzy gracze potrzebowali większego wyzwania. Zawsze uważałem, że właśnie dla nich powstały takie serie jak Hidden and Dangerous, Brothers in Arms czy Sniper Elite. Z tej trójcy szczególnie ubóstwiałem Brothers in Arms – zawsze podobała mi się w tej serii równowaga między taktyczną rozgrywką, chamskim tłuczeniem z Thompsonów i samym opowiadaniem historii. Już od Road to Hill 30 byłem 'kupiony' narracją rodem z Kompanii Braci i tym, że naziści faktycznie potrafili w tej grze zaleźć za skórę. Wprawdzie poziom trudności serii blednie przy zagrywkach, które gracze musieli stosować w takim Hidden and Dangerous 2, ale w porównaniu do Call of Duty wyzwanie stało na zdecydowanie wyższym poziomie. A jak na tym tle prezentuje się Sniper Elite? Cóż, jego trudność polegała na czymś innym, zmysł taktyczny nie był tak ważny jak znalezienie dobrej kryjówki i sokole oko, ale wydaje mi się że z to właśnie w produkcjach od Rebellion zabijanie 'nazioli' dawało najwięcej frajdy – przede wszystkim z uwagi na niesamowite 'killcamy', dobitnie pokazujące moment śmierci danego przeciwnika.

 

Raz, dwa, trzy – nazistą będziesz Ty!

 

 

Fenomen zabijania szwabów dotarł także do gier multiplayerowych, swoją drogą tworząc podwaliny współczesnych online'owych strzelanek. Interesujące jest to, że rewolucja ponownie przypadła na 2002 rok – wtedy światło dzienne ujrzał Battlefield 1942. Wtedy ogromne mapy, klasy postaci i cała gama jeżdżących/pływających/latających wehikułów były czymś świeżym. Przyznam się, że do gry 'wskoczyłem' dość późno, kiedy community składało się już praktycznie z samych weteranów. Wtedy też boleśnie przekonałem się o tym, na jak żałosnym poziomie stały moje umiejętności. Mojego poczucia wartości z pewnością nie odbudował Wolfenstein: Enemy Territory i Day of Defeat. Mimo tego, wszystkie te gry miało w sobie to 'coś', co sprawiało że cały czas się do nich wracało. Może chodziło o szansę na zabicie nazisty sterowanego przez prawdziwego Niemca? Brzmi to trochę okrutnie, ale sami przyznacie, że jest w tym jakaś pokrętna przyjemność. Szkoda tylko, że w tym momencie powrót do starych, dobrych czasów jest praktycznie niemożliwy, a tytuły te są raczej w dość wegetatywnym stanie. Sam próbowałem później pomęczyć Wehrmacht w obu częściach Red Orchestry czy darmowym Heroes and Generals, ale z jakiegoś powodu skończyło się na przelotnych znajomościach – i nawet nie chodziło o trudność wynikającą z realizmu tych gier, lecz o brak 'duszy' umożliwiającej rozgoszczenie się na dłużej.

 

Wunderwaffe w krzywym zwierciadle

 

Czy walka z nazistami musi się odbywać w idealnie oddanych realiach historycznych? Jest wiele gier podchodzących do tematu od zupełnie innej strony. Od początku lat dziewięćdziesiątych, cała seria gier z Wolfenstein w nazwie, starała się pokazać alternatywną wizję historii. Zaawansowana biotechnologia, niekiedy wspierana przez okultystyczne zapędy przybocznych Fuhrera, była motywem przewodnim w Return to Castle Wolfenstein. Podobną drogą poszły obie części UberSoldiera, w których naziści za pomocą magicznych rytuałów nauczyli się przywracać do życia martwych żołnierzy, dając im przy okazji nadludzkie moce.

 

 

Nadprzyrodzonych mocy do eliminacji wojsk III Rzeszy używała także ukochana przez wiele osób dhampirzyca (niechciany owoc miłości wampira i ludzkiej, nieprzemienionej kobiety) Rayne z pierwszej części BloodRayne. Tytułowa bohaterka w bardzo perwersyjny sposób pozbawiała kolejnych nazistów krwi i części ciała. Gra była ciekawa także z innego powodu – była jedną z niewielu produkcji korzystających z nazistowskiej tematyki, lecz nie dziejącą się bezpośrednio podczas II Wojny Światowej. W BloodRayne musieliśmy eliminować członków przedwojennej grupy Gegengheist Gruppe (tacy fikcyjni, hitlerowscy 'Pogromcy Duchów') z dowódcą Juergenem Wulfem na czele. I robiliśmy to nie tylko w Niemczech, ale także w Argentynie. Temat został potraktowany w podobny sposób także w DeadFall Adventures, grze od The Farm 51 garściami czerpiącej z filmów o Indianie Jonesie. Cofając się do lat trzydziestych ubiegłego wieku, musieliśmy zdobyć pewien tajemniczy artefakt – a przeszkadzali nam w tym nie tylko naziści, ale także Rosjanie oraz różne fikcyjne bestie strzegące starożytnych ruin rozsianych po całym świecie.

 

 

Osobny akapit należy się produkcjom osadzonym w powojennym, alternatywnym świecie. Folgować w tym temacie można sobie na bardzo wiele sposobów. W niezbyt udanym Turning Point: Fall of Liberty prawdziwa wojna z III Rzeszą rozpoczyna się dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku. Wcześniej Fuhrerowi udaje się podbić całą Europę, a nam przyszło bronić ostatniego bastionu wolności (USA, ma się rozumieć...) przed Wehrmachtem w dość klasycznym wydaniu, wspieranym tu i ówdzie przez ciekawe, lecz w miarę realistyczne wynalazki pokroju powietrznych statków desantowych. Na perfekcyjne wykorzystanie motywu alternatywnej historii przyszło nam czekać aż do teraz, gdyż dopiero najnowszy Wolfenstein: The New Order może pochwalić się wybuchową mieszanką pomysłów. Bazując na okultystyczno-naukowych wyczynach z Return to Castle Wolfenstein, naziści z lat sześćdziesiątych rządzą światem (i księżycem też...) za pomocą mechanicznych psów, mechów, cyborgów i... kultury masowej. Genialny design uniwersum i przeciwników pozostawię jednak Wam do zbadania – nie wątpię, że wielu z Was postanowi odkryć The New Order na własną rękę. A jak jeszcze będzie Wam mało, to zawsze pozostaje duet w postaci filmu i gry Iron Sky, chociaż odpieranie inwazji nazistów z księżyca oraz jak najbardziej zamierzony kicz tryskający z obu dzieł, nie każdemu może przypaść do gustu.

 

 

Powrót do korzeni?

 

 

Jak widzicie, samych gier akcji pozwalających nam zwalczać złych do szpiku kości szwabów jest od groma. Niestety, wiele z nich to produkcje mające już co najmniej kilka lat na karku. Mam jednak dziwne wrażenie, że moda na własnoręczne zabijanie nazistów niedługo powróci, i to w klasycznym wydaniu. Już niedługo czeka nas premiera Enemy Front od CI Games, podczas którego zwiedzimy znaczną część Europy podczas II Wojny Światowej, przy czym największy nacisk i tak zostanie położony na rodzime wydarzenia w postaci Powstania Warszawskiego. Miłośnicy egzotycznych klimatów będą mogli jeszcze w czerwcu zabawić się w polowanie na żołnierzy Afrika Korps, w Sniper Elite III: Afrika od Rebellion. Będzie w czym wybierać, a fani II Wojny Światowej muszą trzymać kciuki za to, że ich ulubiony temat znów wyjdzie przed szereg w najbliższej przyszłości.

 

O autorze
JohnSnakeJohnSnake
707 9
Pecetowiec wierny wujkowi Newellowi. Fan sieciówek, 'rogalików' i sandboxów. Serialowy maniak. Wieczny poszukiwacz dobrego kina science-fiction oraz fantasy. Oprócz tego lubi dobre żarcie i jeszcze lepsze piwo. Innymi słowy – typowy nerd.

4 Komentarze

awatar
bobo (gość) 8 miesięcy temu

Zapomnieliście o South Park'u Kijek Prawdy , tam się biło z nazi zombie XD

0 Odpowiedz
lukas10 3 lata temu

temat ponadczasowy, chyba nigdy się nie znudzi xD

0 Odpowiedz
Horn 3 lata temu

Któż nie lubi sobie postrzelać i jednocześnie pomścić rodzinę :)

W końcu to przez nich dostaliśmy Rusków na 50 lat i cofnęliśmy się w rozwoju co teraz ciężko nadrabiamy.

1 Odpowiedz
Harhan 3 lata temu

Stary dobry MoH! Pamiętam te czasy, gdy musiałem uciekać przed psami po ściekach, szukając ubotów. EHH. To było coś. ;___;

2 Odpowiedz