Szkoła survivalu, czyli sand-boxowy przepis na przetrwanie - Publicystyka

20
chinemantis

…Za każdym razem, gdzieś w środku nocy docierało do mnie, że w tym zapomnianym miejscu jestem zupełnie sama. Że nie mam przy sobie jakichkolwiek narzędzi, które zwykle pomagały mi w trudnych chwilach w cywilizowanym świecie… Wielokrotnie nie wiedziałam, skąd się tam wzięłam, dlaczego zdarzyło się to właśnie mi… W takich momentach jedynym, co mi pozostało, to ukrywać się w moim prymitywnym domu z nadzieją, że żadnemu dziwacznemu stworzeniu (których, nie ukrywajmy, nie brakowało) nie wpadnie do głowy się do niego dostać…


Co mi się właściwie stało, czyli naturalne następstwo uruchomienia gry...

Pomimo ogromnej popularności szkół przetrwania, na które rodzice zazwyczaj wysyłali niegrzeczne dzieci, swoje survivalowe przygody rozpoczęłam w sposób…dziwny. I tak, gdy w świecie Minecrafta i Terrarii, pojawiłam się właściwie znikąd, tak później, jako bardziej wyrafinowana podróżniczka, sama wpakowywałam się w kłopoty…

W Don’t Starve na początku przygody nagle przybrałam kształty młodego naukowca, Wilsona, który do złudzenia przypominał młodego Teslę. Jako wielki pasjonat, godziny spędzałam w laboratorium, gdzie o dziwo…pomimo ogromnych starań nic mi nie wychodziło. Pewnego dnia odezwał się do mnie stary nadajnik radiowy… Trudno wyobrazić sobie laikowi radość, która ogarnęła mnie po tym, jak tajemniczy głos nagle zaczął częstować mnie smakołykami z patery wypełnionej zakazaną wiedzą. Zachwycona, czym prędzej wykorzystałam nowy przepis by... wywołać Demona Maxwella i przenieść się do przedziwnej, dzikiej krainy…
Oczywiście, po kolejnych latach znojów (które trwały do czasu mojej śmierci), zreinkarnowałam się po to, by pomagać innym. I tak, w Starboundzie, jako mieszkaniec odległej galaktyki, przemierzałam cały kosmos, by znaleźć planetę, która da mi upragniony spokój… Gdy moja rola jako kosmicznego zdobywcy spełniła się, w Craft the World wraz z drużyną krasnoludów rozpoczęłam budowę ich wielkiej twierdzy na nowo poznanym, niebezpiecznym terenie…

Niech się mury pną do góry, kiedy dłonie chętne są!

Za każdym razem, gdy lądowałam na środku niczego, nie za bardzo wiedziałam, co ze sobą począć…Na szczęście, wielokrotnie towarzyszyło mi ogromne szczęście, gdyż do krainy zamieszkanej wyłącznie przez łaknące krwi potwory, trafiałam w środku dnia, dzięki czemu mogłam pozwolić sobie na chwile wytchnienia, spacer po okolicy, możliwość znalezienia odpowiedniego miejsca na budowę domu czy nazbieranie chrustu. Pomimo odwiecznych marzeń o chatce na bezludnej wyspie i wielkiej radości z nagłego oderwania się od niezwykle denerwujących ludzi, z każdą chwilą zbliżającą mnie do zmierzchu, skradał się ku mnie ogromny duch odpowiedzialności za życie własne lub całej drużyny. Nagle zaczynałam zbierać wszelakie leśne śmieci, z których usilnie wykonywałam prymitywne narzędzia… Muszę przyznać, że zadanie to było znacznie ułatwione w świecie Minecrafta, gdzie jako staloworęki Steve siłą własnych dłoni mogłam ścinać ogromne drzewa!
Jako prawdziwa „Pani ­- złota rączka”, pierwszą rzeczą, jaką robiłam po uzbieraniu odpowiedniej liczby materiałów był „stoliczek majsterkowicza”, czyli skrzyneczka, która umożliwiła mi wykonywanie co bardziej skomplikowanych narzędzi czy urządzeń. Dzięki kolejnym sprzętom zdobywałam surowce do produkcji lepszych przyrządów. I tak, na przykład narzędzia wykonane z drewna wykorzystywałam do zdobycia kamienia, z którego powstawały mocniejsze narzędzia, które z kolei pozwoliły mi na zdobycie bryłek rud metali, dzięki którym byłam w stanie wydobywać dużo twardsze minerały lub... uran (jak w przypadku zmodowanej minecraftowej krainy) lub efektywnie zabijać zwierzęta czy potwory.

Zdobycie odpowiedniej ilości materiałów pozwalało na stworzenie odpowiedniego schronienia przed nadejściem nocy. By obronić się przed paskudnymi kreaturami, w Terrarii, Starboundzie czy Minecrafcie, budowałam prymitywny, oświetlony domek. W Don’t Starve z kolei wystarczyło postawić duże ognisko, którego światło skutecznie odstraszało drapieżników. Dla stuprocentowej pewności obok ogniska mogłam postawić również namiot.

Gamingowe zdobywanie strawy

Wszyscy wiemy, że nieszczęścia chodzą parami. Największym nieszczęściem, jakie może spotkało mnie podczas moich wypraw było poczucie głodu, które skutecznie potrafiło popsuć mi cały dzień. Właśnie dlatego, najlepszym sposobem na pokonanie denerwującego burczenia w brzuchu (które, zaniedbane, mogło mnie znacznie spowolnić lub uśmiercić), było noszenie przy sobie przekąsek. Przekąsek, które oczywiście musiałam zdobyć sama! I tak, najłatwiej dostępnym pożywieniem były oczywiście warzywa, które wystarczyło zebrać, a których, chociażby w Don’t Starve było całe mnóstwo. Niestety, pożeranie ilości marchewek czy jagódek pozwalającej na przetrwanie mijało się z celem, szczególnie, kiedy dokuczał mi wielki głód. Właśnie wtedy sięgałam po cieższą artylerię – mięso. Najcudowniejszą formą zdobywania pożywniejszej strawy było polowanie w Minecrafcie. Rzecz jasna, mając piękny, żelazny bądź niezwykle mocny diamentowy miecz (srebrny, budżetowy skarb Wiedźmina może się chować), mogłam urżnąć łeb świniakowi lub owcy jednym uderzeniem, jednak mnie jako prawdziwemu mężczyźnie (…zaraz…mężczyźnie?) niezwykle gładko szło zabijanie zwierza nieuzbrojoną dłonią.

I tak, swoje umiejętności mordowania zwierzaków mogłabym spokojnie wykorzystać w każdym świecie, w którym było mi dane pojawić się, do czasu, gdy pojawiłam się w Don’t Starve. Otóż, jak wszyscy zapewne wiedzą, najsmaczniejsze i najbardziej pożywne mięso pochodzi od wieprza, z którym dobrze było się zaprzyjaźnić. Podobnie było z bawołem, który może i potężny i wysokoenergetyczny był, ale dawał bezcenną kupę, dzięki której mogłam zasadzić ogromne ilości pokarmów roślinnych (na które nie musiałam polować!). I tak, mając ogromne wyrzuty sumienia, pierwszego dnia skusiłam się na kuszące fioletowym kolorem mięso monstra przypominającego pająka. Nietrudno zgadnąć, jak bardzo pochorowałam się po spożyciu miejscowego specjału. Na szczęście, jako człowiek bardzo wykształcony, w ramach leczenia dolegliwości (nie tylko działających na wycieńczone przygodami ciało, ale również umysł), spożyłam zebrane wcześniej zioła i motyle skrzydła.

…A skoro o przyjaźniach mowa?

Niczym Robinson Crusoe w pewnym momencie zaczęłam cierpieć na samotność. W każdej krainie, poszukując swojego Piętaszka, trafiałam na ślady zrozumienia ze strony różnych postaci. Tak jak w cywilizowanym świecie naszej szarej rzeczywistości, inne osobistości w Terrarii przyciągnęłam rozwojem swojej małej, jednoosobowej społeczności. Panią pielęgniarkę oraz dziadka – sprzedawcę broni skusiłam… mieszkaniami socjalnymi.

Podobnie z resztą wyglądało zdobywanie przyjaciela w Don’t Starve, gdzie upatrzoną świnię oswajałam dwiema sztukami pajęczego mięsa. Ja z resztą nie pozostawałam bez winy – od otyłego przyjaciela otrzymywałam nie tylko psychiczne wsparcie, ale również obronę przed atakującymi nas potworami (… no może do czasu, kiedy monstra go nie pożarły)…

Problem braku przyjaciół został definitywnie rozwiązany w przypadku eksploracji World of Craft, gdzie na „dzień dobry” powitałam nowego kolegę (który na początku wydał mi się strasznym krasnoludzkim osiłkiem)… Cóz, muszę przyznać, że największy problem ze zdobywaniem przyjaciół miałam na początku swoich przygód- w Minecrafcie… W celu jakiejkolwiek interakcji z innym kwadratowym człowieczkiem musiałam przemierzać bory, góry, lasy, by w końcu znaleźć prymitywne miasteczko (w którym przy okazji mogłam sprzedać wydobyte przeze mnie surowce). Łatwo się domyślić, że taka wędrówka była niezwykle wyczerpująca i nudna. Właśnie dlatego, najmilszą częścią moich peregrynacji było zaproszenie na nie innej osoby – nic tak nie łączy jak wspólna walka z potworami czy przemierzanie ciemnych korytarzy z diamentowym kilofem.

Potwory i spółka

Paskudne monstra potrafią niesamowicie zapaskudzić miłe życie w odległej krainie. Przychodzą zazwyczaj w nocy, często przypominając zombiaka czy dziwaczną kostuchę (zawsze fascynowała mnie magia pozwalająca szkieletom, na których nie było ni krzty mięcha z grobu wstać). Największe przerażenie ogarniało mnie, rzecz jasna, gdy odwiedzały mnie pająki – nie ma na świecie rzeczy, której bałabym się bardziej – lub inne obrzydliwe robactwo (Bogowie-Deweloperzy jakoś ukochali sobie ten motyw okraszając nim, cholera, każdą krainę!).

W zdobywanych przeze mnie światkach pojawiały się również upierdliwe mary. Dziwnym trafem, najwięcej można było spotkać takie w Minecrafcie. Wyobraź sobie, wybudujesz w końcu dom swoich marzeń, aż tu w środku nocy nie zaryglujesz porządnie drzwi, a w sieni pojawi się zielony niczym wiosenna jutrzenka Creeper, którego niespełnionym marzeniem było dołączyć do szeregów kamikadze i… ni stąd ni zowąd wybucha….

Let’s craft!

W każdej krainie bez problemu mogłam po krótszym, lub dłuższym czasie zadomowić się. Pomogła mi w tym, oczywiście, moja obszerna wiedza z zakresu inżynierii, górnictwa, budownictwa, elektroniki, fizyki, ogrodnictwa oraz duże doświadczenie kury domowej. Z uzyskanych surowców potrafiłam zbudować niespotykane rzeczy, przy czym domek na szklanym drzewie należał do najmniej dziwacznych. Muszę przyznać, że największe pole do popisu w tej kwestii dawała mi kraina Minecrafta, która po małych modowych modyfikacjach pozwalała nawet na budowę skomplikowanych maszyn czy elektrowni jądrowej!

Kraina Don’t Starve również dawała duże pole do popisu. Pomijając możliwości stworzenia wszystkiego, czego moja żądna przygód dusza potrzebowała, po ewentualnej śmierci, Wielki Demon Maxwella pozwalał mi na zreinkarnowanie się w zupełnie innej postaci, która poza niesamowitym umysłem mogła poradzić sobie z przeciwnościami losu dzięki nadprzyrodzonym mocom (np. usypianiu ptaków przez czytanie książki – może jestem dziwna, ale podobało mi się to nawet bardziej od laserowego ścinania drzew w Starboundzie).

Żegnamy się z krainą, czyli powrót do szarej rzeczywistości…

Wbrew pozorom, osiedlając się na bezludziu, nie oczekiwałam zbawiennego statku czy samolotu, który mógłby uratować mnie przed wszystkimi niebezpieczeństwami czyhającymi na każdym kroku. Niestety, za każdym razem, po kilkudziesięciu godzinach spędzonych w krainie pojawiał się nieproszony zbawca, zwany powszechnie Nudą. Nuda sprawiał, że wyczekiwana od wielu lat samotność przestawała mnie pociągać, tym bardziej kusząc całą gamą możliwości wyżycia się na licznych społeczeństwach, nie tylko ludzi, ale i mutantów. Oczywiście, po jakimś czasie zwiedzania innych, bardziej zaludnionych krain Nuda kusił powrotem do bezludnych krain (lub głupimi flashowymi zabijaczami czasu).

Niezwykle miło było wtedy wracać do miejsc niegdyś opuszczonych, które wielokrotnie nawiedzały mnie w nocy, kusząc powiewem melodyjnego wiatru bądź klimatycznością. Z każdej wyprawy w nieznane przywoziłam nie tylko liczne wspomnienia, ale również niezwykle ciekawe umiejętności (np. całkiem rozległą wiedzę dotyczącą budowy prostych bramek logicznych). Właśnie dlatego, nie żałuję żadnej chwili, w której musiałam ukrywać się w zimnej kopalni przed potworami lub wyjadać resztki swoich zapasów podczas nocnej śnieżycy.

 

O autorze
chinemantischinemantis
60 14

Graczka traktująca swoje pecetowe seanse jako zmyślny substytut koktajlu z czarnego prochu, psylocybiny i tęczowego lukru. Boi się tulipanów, nie cierpi pająków i żyje w swoim własnym science-fiction.

2 Komentarze

awatar
Karysu (gość) rok temu

7 Days to die to również tytuł godny uwagi, ale trochę straszniejszy niż reszta :)

0 Odpowiedz
awatar
Shingen (gość) 2 lata temu

Artykuł świetny, zachęciłaś mnie do don't starve. Oprócz podanych przez Ciebie gier polecam Risk of rain oraz Hammerwatch.

0 Odpowiedz