Jedi - czyli co łączy Gwiezdne Wojny i "Aniele Boży" - Publicystyka

30
chinemantis

Jak większość uroczych, grzecznych dzieci, od najmłodszych lat faszerowałam się bajkami o cudownych „super-bohaterach”­ genialnych, ciamajdowatych chłopcach, którzy pod wpływem swoich starszych przewodników robili zawrotną karierę jako Aniołowie Stróżowie pobliskiego, wyimaginowanego miasteczka, fantastycznej krainy czy odległej galaktyki...

Moc Sithów, czyli dlaczego Republika musiała upaść

 

Wśród pastiszy wielkich przygód i ratowania świata przed złymi „dorosłymi” bardzo miłe i... niezbyt przytulne, pełne przepychu miejsce znalazły Gwiezdne Wojny. Poza „zachwytami” oczywistymi ­ wk*****jacą złośliwością Lei, Gwiazdą Śmierci, R2-D2, charakteryzacjami Amidalii (które skuteczie odciągały uwagę od bezbarwności jej postaci), za każdym razem ogromne wrażenie robili na mnie ascetyczni Rycerze Jedi, którzy mimo wszelakich przeciwności losu zawsze zwyciężali.

Jako samozwańcza fanka kinowych dzieł Lucasa, nie mogłam pozwolić na to, żeby swoje uwielbienie wyrażać poprzez powolne zapomnienie. Właśnie dlatego, pewnego miłego wieczoru „złapałam byka za rogi” i pochłonęłam wszystkie filmowe części SW. Nie zmartwychwstała jednak we mnie wielka miłość do legendy Jedi. Wprost przeciwnie - okazało się, że... no może z małymi wyjątkami... wyjątkiem... Yodą... Zakon Jasnej Strony Mocy wypadał bardzo blado w porównaniu z Sithami, co bardzo szybko doprowadziło mnie do wniosku, że Republika chroniona przez zbiorowisko masowo trenowanych, niewyżytych seksualnie osobników musiała w końcu upaść. Tym bardziej, że cała loża rzekomych Mistrzów nie potrafiła przewidzieć niecnych planów Palpatine'a!

Zresztą, spójrzmy na samą charakterystykę Zakonu ­ małych, idealnie wyselekcjonowanych chłopców, którymi zajmowali się osamotnieni mężczyźni (aż prosi się o analogię do żartów o księżach i snickersach). Ideologia, która może wydawać się szlachetna i piękna była niesamowicie niezgodna z ludzką naturą, przez co, z pewnością doprowadziła wielu Jedi do szaleństwa i rozpaczy, od której było już blisko do przejścia na Ciemną Strone Mocy, gdzie zamiast stawać się panami swojego losu (jak większość normalnych istot wybierających łatwiejszą drogę), stawali się podnóżkami swoich panów.

Na samym początku przyznam się do tego, że gry o tematyce Gwiezdnych Wojen nigdy nie były mi jakoś szczególnie bliskie, a artykuł powstał jako wyraz nienawiści do wszystkiego co szlachetne, a przez to zakłamane. Jednak, po zastrzyku typowej, zauważalnej „chu***ości” Jedi, niczym (jeszcze) piękny i młody Lord Vader szukałam idealnej możliwości wyniszczenia ich mizernych członków i idiotycznej tradycji, słowem, grę, w której będę mogła wcielić się w Sitha. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że większość gier będzie patetycznie „wspomagać” Jasną Stronę Mocy. Niestety, nie myliłam się. Wśród gier, w których Sithowie odgrywają ważną rolę, zawsze pojawia się dziwaczna tendencja do zwycięstw Jedi...

 

Knights of the Old Republic - czyli opowieść o przykrej zmianie.

 

Spójrzmy chociażby na sztandarowy przykład - głównego bohatera KotORa, Revana, byłego Rycerza Jasnej Strony Mocy, który robił zawrotną karierę jako Lord Sithów.

Niestety, dziwnym trafem został złapany przez grupę Jedi (prowadzoną przez Bastilę Shan -­ element feminizmu uznałam za wyjątkowo konieczny). Biedak, podczas swojej niewoli utracił cenną pamięć, na co Rada Mistrzów, zareagowała iście Sithowsko i­ postanowiła zamienić zdradzonego przez swego ucznia, Lorda Sithów w przykładnego Jedi. Oczywiście, człowiek pochłoniety amnezją, w końcu uwalnia się z piętna niepamięci, co w realnym życiu zakończyłoby się oczywiście dużym zaskoczeniem spowodowanym nieświadomym wykorzystaniem swojej osoby przez rzekomych fanów światła, dobra i ascetyzmu oraz wielką masakrą na licznej grupie Jedi. Niestety, producenci z BioWare doskonale wiedzieli, że wyżynając wszystkich szlachetnych Rycerzy 4000 lat przez wydarzeniami z filmu, dociekliwsi zaczną gdybać na temat braku ciągłości fabularnej oraz, że w KotORa na pewno będą grać dzieci oraz katotalibowie, dla których dobro zawsze musi wygrywać ze złem.

W ten oto nienaturalny sposób, Revan, dumny z bycia wy****anym przez Jedi, nie tylko odrzuca Ciemną Stronę Mocy (oraz gustowny czerwony miecz), ale również w walce ze wszystkim co brzydkie i niegrzeczne spisuje się tak bardzo, że zostaje nagrodzony przez swoich nowych braci zakonnych Krzyżem Chwały.

 

Force Unleashed kolejnym gwoździem do Mrocznej trumny.

 

Dzieje następnego bohatera sprawiły mi prawie tyle samo bólu ile historia Revena. Zaczynając od początku ­ główny bohater „Force Unleashed” jest uczniem samego Lorda Vadera (który to bohatersko zaopiekował się nim tuż po tym, jak zabił jego ojca).

Starkiller od wielu lat razem ze swoim Mistrzem snuje szlachetne plany o eksterminacji ostatnich, pozostałych przy życiu Jedi oraz zamachu na Imperatora (którego, swoja drogą, również nie cierpię za typową pizdowatość i wyręczanie się we wszystkim swoim uczniem).

Żeby całej historii dodać smaczku, protagonista „Force Unleashed” obdarzony jest rzadką formą mocy - tzw. surową mocą, która pozwala mu na używanie jej w niszczycielskiej skali. Niestety, przezorne szkolenie pod okiem Mistrza Sithów sprawia, że bohater jest jednak pozbawiony jakichkolwiek innych zdolności (m.in. mocy związanych z umysłem, które zauważa dopiero kiedy nawraca się na Jasną Stronę Mocy).
Szlachetne plany uroczej dwójki z pewnością powiodłyby się, gdyby nie horrendalny błąd, który Vader popełnił podczas planowania kolejnych misji Galena. Wprawdzie, nieograniczanie swoich popędów, charakterystyczne dla Sithów, mogłoby bardzo korzystnie wpłynąć na rozwój znajomości z piękną pilotką Juno, jednak rozkwitająca miłość, którą podopieczny Palpatine'a próbował zdusić w zarodku, bardzo szybko zaczęła nawracać młodego rycerza na jaśniejszą stronę mocy. Tym bardziej, że wystarczyło jedno uśmiercenie Starkillera (dzięki genialnej inżynierii recyklingu zwłok, Mroczni Jedi mogli pozwolić sobie na umieranie i odradzanie się bez przerwy), by ten nabrał podejrzeń i skrupułów, skąd już wystarczył mały krok, by zostać Jedi.

 

Żyli długo i szczęściwie, czyli dlaczego Star Wars mnie zasmuca

 

Jako histeryczna kobieta, będąc bohaterką Gwieznych Wojen, swoją świadomą podróż z pewnością rozpoczęłabym od podróży na Korriban, gdzie mogłabym zgłębiać mroczną sztukę Rycerzy, dla których uczucia były ważnejsze niż cokolwiek innego. Niestety, producenci gier SW nie chętnie pozwalają osobom takim jak ja na oddanie się przyjemności obserwacji narastającej w bohaterze Ciemnej Strony Mocy, ani tym bardziej na bezkarne uśmiercanie Jedi przez całą, toczoną przeze mnie rozgrywkę (w chwilach desperacji planowałam nawet napisanie własnej, flashowej gierki, co przeszło mi momentalnie, kiedy uświadomiłam sobie, że moje umiejętności informatyczne kończą się na stworzeniu kalkulatora w edytorze C++ dla idiotów).

Tymczasem, przepraszam za swoje kobiece wynaturzenia.

 

O autorze
chinemantischinemantis
60 14

Graczka traktująca swoje pecetowe seanse jako zmyślny substytut koktajlu z czarnego prochu, psylocybiny i tęczowego lukru. Boi się tulipanów, nie cierpi pająków i żyje w swoim własnym science-fiction.

3 Komentarze

awatar
Wolf (gość) 2 lata temu

Tho old republic i po problemie :) Zakładając, że lubisz MMO.

2 Odpowiedz
Sokool 4 lata temu

Mi sie podobala jedna gra z serii SW, a mianowicie star wars racer, taak to te wyscigi rydwanami :)

0 Odpowiedz

Fajny tekst :)

0 Odpowiedz