Klątwa Lucasa - przekleństwo gier z serii Star Wars - Publicystyka

41
Dakann

Jestem fanem Star Wars od ponad 10 lat. Byłem nerdem i jestem geekiem, czytałem 80% książek i staram się być na bieżąco ze wszystkim co dzieje się wokół gwiezdnowojennego półświatka. Nie jest to już fascynacja tak duża jak kiedyś, bowiem brak wolnego czasu i chęć pozbycia się pryszczy z twarzy sprawiły, że hobby musiało ustąpić pracy i cóż – realnemu życiu. Zawsze jednak fanem będę, podobnie jak i graczem bo przecież jakże ubogi byłby świat gier komputerowych gdyby nie tytuły spod znaku Star Wars.


Nie sposób jednak nie zauważyć pewnej zależność dotyczącej większości gier ze stajni Lucasarts (R.I.P). Mianowicie każdy tytuł na swój sposób SSIE. Bardziej lub mniej, ale ciężko o grę idealną, przełomową, legendarną i ... (wstawcie sobie epitet). Dlaczego tak jest?


Cofnijmy się do znakomitych początków. No, może nie aż do samego początku, bo nie będę opisywał gier na pierwsze konsole gdzie ludziki były zbudowane z 5 pikseli, fabuła nijak miała się do filmu, a muzyka leciała z głośnika mono. Zresztą, o tej zacnej części Star Warsowych gier opowiedział wystarczająco Angry Video Game Nerd:

 

 

.

W 1995 roku, a dokładniej w zimnym miesiącu jakim jest luty, świat ujrzał grę Dark Forces rozgrywającą się w okolicach 0BBY, tak więc realia są nam bliskie. Wcielamy się w Kyle’a Katarna i bla bla bla, poczytajcie sobie recenzje w necie. Faktem natomiast jest to, że gra osiągnęła niemały sukces, choć wpływ silnika marki ID Software wydać wyraźnie. Lucasarts słynął raczej z przygodówek i branie się za FPS-a zwiastowało małe nieszczęście. Ale udało się. Fabuła była wciągająca, levele nawet skomplikowane (dzisiejsze gimby bez mapy albo kodów ledwo dałyby radę, zapewniam). Ponadto, był to pierwszy produkt, który pozwolił rozwalać szturmowców z naprawdę bogatego arsenału. Gra była dobra, porządna i chwała jej za to. Mogło być tylko coraz lepiej.

 


Tak też było! Wiem, że na początku felietonu postawiłem tezę o ‘ssających’ atrybutach gier, ale o tym zaraz. Skupmy się na razie jak szczęściu niczym dziecko, które dostaje pod choinkę nową konsolę do gier, jedynie po to by dowiedzieć się że nie ma wstecznej kompatybilności i nie pogra w żadną starą grę. Bardzo wyszukana metafora, wiem. Nastąpił czas Star Wars Jedi Knight: Dark Forces II. Kto grał ten wie – kawał dobrej gry. Ogromne mapy, świetna fabuła, mega trudni bossowie, używanie mocy, zarzynanie mieczem świetlnym (odcinanie kończyn!), doskonały arsenał, klimat i tak dalej można by wymieniać.


I tutaj następuje jakby załamanie, jakaś ciemna myśl zagnieździła się w umysłach twórców z Lucasarts, bowiem kolejne tytuły były już coraz smutniejsze. Ostatkiem nadziei był oczywiście Jedi Outcast, który jednak chwalić się może doskonałymi trybami multi, ale fabularnie dupy nie urywał. A szkoda. No i teraz przechodzimy do hejtu.

 


Zacznijmy od mojej ulubionej szmiry czyli Star Wars Episode I: Racer. Nie wiem dlaczego ktoś pomyślał, że Star Wars to pojemnik w którym przyjmie się KAŻDY możliwy gatunek gry. To był błąd. O ile pilotowanie myśliwców miało sens w serii X-Wing, o tyle zasiadanie jako kilkunastoletni gówniarz za sterami potwora osiągającego 500 km/h było już przegięciem. Choć mapy były kolorowe, wymagające, to sama gra nudziła straszliwie. Każdy pojedynek był identyczny, grywalność jak na wyścigi, była wyjątkowo niska.  Niestety spotkało to wszystkie gry spod znaku Mrocznego Widma. Widocznie fakt, że film obciągał Twi'lekańskie lekku, musiał rzutować także na każdą grę spod tego żałosnego znaku. Nie wspominajmy nawet Star Wars Episode I: The Phantom Menace, bo aż mnie ciarki przechodzą. Sterowanie Panaką to chyba najsmutniejszy moment w historii gier.


Mamy też takie „digital śmieci” jak Star Wars Episode II: Attack of the Clones, Star Wars Bounty Hunter (która ma wiernych fanów, mimo że na grze można połamać sobie palce), czy choćby gniot nad gniotami czyli Star Wars Force Commander. Ten ostatni ratuje tylko i wyłącznie fakt że pojawił się tam utwór autorstwa Rage Against the Machine – Imperial March.

Oczywiście moda na wszelakie zręcznościowe badziewia na najbardziej skretyniałą platofrmę wszechczasów (mówię o Nintendo Wii), również nie ominęła Gwiezdnych Wojen. I tak oto dostaliśmy takie cudo jak Star Wars: The Clone Wars - Lightsaber Duels. Dlaczego? Po co? Przecież i tak nie można walczyć jak się chce, bo wbudowane skrypty czytają raptem paręnaście ciosów. Machanie kontrolerem przypomina odganianie muchy przez 90-latka, a zabawa jest zerowa, bo i tak wygrywa ten kto częściej jeździł na ręcznym i ma wyćwiczone nadgarstki (czyli 90% fanów Star Wars).

 

W międzyczasie jednak, pojawiały się tytuły mogące odzyskać dawną powagę serii, przykładem tu będzie choćby Star Wars Shadows of the Empire na podstawie genialnie książki pod tym samum tytułem.

 


Gra była ultra trudna, sterowanie wcale nie ułatwiało rozgrywki, grafika trochę ssała, a sama rozgrywka była dosyć tępa, ale mimo wszystko wciągająca. Szczególnie dla kogoś kto czytał literaturę. To jedna z niewielu gier, która miała w sobie nie tylko rozgrywkę TPP ale i pilotaż, sterowanie pojazdami, lot jetpackiem czy wizyta na złomowisku Ord Mantell i pojedynek z jednym IG-88 (śni mi się po dziś dzień).


Rzućmy się teraz gdzie indziej, np. do Star Wars Starfighter. Oczywiście fakt, że gra opiera się na wspomnianej wcześniej Mrocznej Ch*jni niczego jeszcze nie przesądza ale… nie, jednak przesądza, bo gra jest tragiczna. Nie tylko nudna ale do tego i brzydka. Z całym szacunkiem ale gry wydane kilka lat wcześniej potrafiły bardziej zaskoczyć, niż latanie żółtym złomem wśród wyciosanych z trójkątowych gór i lasów. KTHXBAI.

 


Skąd bierze się więc tytułowa klątwa Lucasa, że tak wiele gier, z tak bogatego i zacnego świata, nie spełnia podstawowych wymogów dobrej rozgrywki? Już nawet nie mówmy żeby te gry był genialne, ale chociaż grywalne. Star Wars Battlegrounds, oparty na silniku i technologii Age of Empires, mógł być mocnym tytułem, a jednak nie wypalił. Zabrakło innowacyjności, co zresztą często dotyka omawiane gry. Za każdy razem odnosiłem wrażenie że padało hasło: „wychodzi Epizod I, robimy gry!”. I nagle na rynek trafiały gnioty, bibeloty i tandetnie poskładane na kolanie produkcje, które miały jedynie nakręcać machinę reklamy. A może to po prostu nieudolność twórców? Może należałoby wyje**ć na zbity ryj połowę nieistniejącej już teraz firmy i zatrudnić ludzi ze świeżymi pomysłami? Dlaczego po dziś dzień nie powstała gra pokroju Republic Commando, które w końcu wprowadziło świeże powietrze w zatęchłe mury biura programistów i scenarzystów?


Moda na MMORPG także znalazła sobie miejsce w kokonie gier SW. Któż nie pamięta Star Wars Galaxies które mimo kilku wydanych dodatków, dożyło tylko tego, że Sony zamknęło serwery a gracze muszą skakać po prywatnych. Chyba nie trzeba mówić nic więcej.


Nie wszystkie tytuły są jednak tak tragiczne. Mamy dwie części The Force Unleashed, które co prawda są zwykłymi zręczościówkami, a ich fabuła wprowadza totalnym mętlik w umyśle każdego dobrego fana (ukryty Padawan Vader’a o takiej mocy, jaaaaasne), to jednak dają radę i odnalazły mocną rzeszę fanów. Należą do nich ci, którzy łyknęli haczyk gier pokroju Assassin's Creed i nie ważne jest dla nich w co grają, tylko JAK się gra.

 

Każdy szanujący się erpegowiec ma za sobą także dwie części Kotora, które przez niektórych uznawane są za najlepsze gry Star Wars jakie powstały. Blisko mi tej opinii, jednak ciężko mi oceniać grę którą de facto stworzył bardziej BioWare niż Lucasarts.  Mamy także The Old Republic, które jest już drugim podejściem do tematu masowego RPGa. Tym razem był to strzał trafiony, choć też nie do końca, bowiem przejście na model Free2Play nie jest niczym co mogłoby zwiastować marketingowy sukces. Gra jednak nadal daje radę, rozwija się w olbrzymim tempie i wygląda na to, że na stałe zagości obok gigantów pokroju WoWa.


Co więc dalej? Czy ciągle będziemy otrzymywać gry będące półproduktami? Dlaczego obiecujące tytuły pokroju Star Wars 1313 są skazywane na śmierć (rozumiem zamknięcie firmy i przejęcie projektu, ale nie musi to oznaczać od razu zgonu produkcji)? O produkcji Battlefront III nawet nie wspomnę, bo nadzieja na porządnego konkurenta Battlefielda została pogrzebana już eony temu. A szkoda.

 

Trzymajmy się jednak nadziei, że do momentu wydania nowej trylogii powstaną gry co najmniej dobre i porządnie przygotowane, zważywszy że nikomu się nigdzie nie spieszy. Mamy Old Republic, filmów nowych na razie nie ma jeszcze jak promować, technologia pozwala na coraz więcej. Chciałbym aby pojawiła się gra godna Dark Forces (III?), taka która pozwoli eksplorować planety inne niż Tatooine, Hoth czy Bespin, na które nie mogę już patrzeć bo znam je lepiej niż mapę Polski. Chce grę, która odda klimat i nastrój panujący w starej trylogii. Innymi słowy czekam na produkcję, która pokaże, że świat Star Wars to skomplikowane, klimatyczne środowisko, w którym, mimo filmowego banału, nie ma jasno określonego podziału na dobro i zło, gdzie są fantastyczni bohaterowie, którzy tylko czekają na swoje produkcje (Admirał Thrawn, Boba Fett, Dooku czy choćby poruszenie bogatego wątku Gwardii Imperialnej i komiksów Karmazynowe Imperium).


Może kiedyś się doczekam, może już niedługo, a może dopiero za parę lat, tak czy siak, wiernie czekam. Niech Moc będzie z Wami. I ze mną, bo jak zobaczę kolejne wyścigi podów czy strategię z Gunganami to dostanę wylewu. 

 

Autor: Grzegorz'Dakann'Barański

Zapalony gamer, oddał duszę i ciało platformie PC i nigdy jej nie zdradził. Pada trzyma tylko kiedy musi i na ekranie odpalona jest bijatyka. Nieskończone studia, pseudo celebryta internetu, wciąż bez prawa jazdy, dopiero rok temu nauczył się 'czytać' zegarek wskazówkowy. Innymi słowy, osoba idealna by mówić Wam co i jak. 7 lat tworzenia internetowego syfu dało mi deffa na hejt +200%, także możecie próbować :>

 

 

 

O autorze
DakannDakann
24 2
Zapalony gamer, oddał duszę i ciało platformie PC. Pada trzyma tylko kiedy na ekranie odpalona jest bijatyka. Nieskończone studia, pseudo celebryta, wciąż bez prawa jazdy, dopiero rok temu nauczył się 'czytać' zegarek wskazówkowy. Deff na hejt +200%.

4 Komentarze

Krolik49 3 lata temu

Hmmm... Oj Dakann dość pobieżnie podszedłeś do tematu jak na Fana Star Wars. Dawno dawno temu pojawiło sie jednak kilka gier które w tamtych czasach były pozycjami obowiązkowymi dla fan Star Wars. Warto wspomnieć o kosmicznych symulatorach X-wing, Tie Fighter i X-wing vs Tie Fighter. Było to spełnienie marzeń każdego miłośnika sagi . Czy mogło być coś fajniejszego niż zasiąść za sterami legendarnych myśliwców i to nie tylko po jasnej stronie mocy? kolejna ciekawostka może być seria Rogue Squadron ,której 2 i 3 część ukazały się tylko na konsole Gamecube. W jedynkę natomiast mogli zagrywać się posiadacze pecetów. Mimo że gra miała zręcznościowy charakter to była za......a . No i jeszcze gry z serii Rebel Assault. Pierwsza zszokował wszystkich wstawkami filmowymi z gwiezdnej sagi, drugi natomiast był pierwszą i chyba jedyną grą jeżeli dobrze pamiętam do której dokręcono specjalnie dodatkowe sceny filmowe. Oczywiście był to poczatek ery cd-rom i gra oparta na scenach filmowych , nawet kręconych na blue screenie robiła duże wrażenie. Odnośnie potworków polecam natomiast Masters of Teras Kasi...bijatykę stworzona na pierwszego PSX-a. Uwierzcie że to gniot gniotów zarówno w kategorii bijatyki ,jak i gry ze świata Star Wars. Kilkupikselowe wynalazki o których wspominasz to dzieło sztuki w stosunku do tej gry. Z resztą polecam poszukać na YT. Nie było więc tak żle, chociaż faktycznie trochę wpadek Lucasarts zaliczył. Można nawet powiedziec że to wszystko przez nowe epizody. Skoro jednak juz przy tym jestesmy to przypominam jeszcze o całkiem niezłym Revenge of the Sith na konsole. Całkiem przyjemnie wywijało się mieczem, no i można było pograc w co-opie na jednej konsoli. To chyba jedyna gra ,która zwróciła moją uwagę. w ostatnim czasie. Szkoda skasowania SW 1313 bo liczyłem że będzie wreszcie coś wciągającego ze świata Star Wars.

0 Odpowiedz
awatar
Homing (gość) 2 lata temu

Masters of Teras Kasi ssało pałę po całości. Co do wpadek to jeszcze Dark Forces na PSX, które zostało zmiażdżone przez krytykę.

0 Odpowiedz
Feeler94 3 lata temu

Ej, Dakann, co jak co, ale Battlefront może nie jest konkurencją, ale kopią Battlefielda dla fanów SW i moim zdaniem, różni się od niej na tyle i ma tyle ciekawego contentu, że I (lepsza walka infantry) i II (bitwy kosmiczne, no proszę cię) wymiatają w swojej dziedzinie i Battlefield 2 powininien się ich bać.

Z technologią, jaką ma teraz DICE i ludźmi z Lucasarts na pewno powstanie cudo, które przyciągnie fanów nie tylko SW ale i BF'a i wielu innych strzelanek.

Nie wierzysz, sprawdź sobie ten filmik. https://www.youtube.com/watch?v=Fewc0ddX0wE

0 Odpowiedz
awatar
Homing (gość) 2 lata temu

No i nie powstanie cudo niestety. Battlefield 4 ze zmienionymi tekturami, wykastrowne z singla, bo po co robić singla, nie? Jak dla mnie słabizna.

0 Odpowiedz