Rise of the Tomb Raider - Recenzje

25
Orzeł

Życie najpopularniejszej kobiecej postaci świata gier komputerowych nie jest w żadnym razie usłane różami. Portale internetowe i czasopisma bardzo różnie piszą o niej od czasu do czasu, dziewczęta na całym świecie, liczone w setkach, jeśli nie w tysiącach, przebierają się za nią i fotografują w dziwnych miejscach i w dziwnych pozach. A dla niej zostaje zawsze ta najczarniejsza robota. Ale ona nie myśli nawet narzekać - w końcu ktoś to musi robić.

 

Kto by pomyślał, ze nasze pierwsze zetkniecie z "nową Larą" było aż trzy lata temu. Czas płynie bardzo szybko, dużo się od tamtego czasu zmieniło. Lara stała się twardą kobietą, która wie, czego chce, choć piętno wydarzeń z Yamatai wciąż odciska swój ślad w jej psychice. Nie przeszkadza jej to jednak ruszyć śladem odkryć swojego ojca, który zginął, próbując dowieść istnienia źródła nieśmiertelności, ukrytego w górach Syberii. To oczywiście sprowadziło za sobą lawinę wydarzeń, które było mi dane obserwować już zza pleców Lary.

 

Zimno jak na Syberii

Podobnie jak pierwsza część, Rise of the Tomb Raider pozwoliło mi tylko przez małą, króciutka chwilkę przyzwyczaić się do mroźnych, zabójczych szczytów, by już za minutkę wyrzucić mnie na najgłębsze wody.

 

 

Refleks jest sprawą kluczową, bo każda pomyłka może kosztować Larę życie. Gra bardzo szybko nauczyła mnie sprawnego poruszania się po bezwzględnym terenie. Nauczyła mnie też, że niezależnie od sytuacji, pomoce wspinaczkowe znajdują się zawsze w odpowiednim miejscu i czasie. Przez całą grę nie mogłem pozbyć się wrażenia, ze twórcy nie przyłożyli najmniejszej wagi do realistycznego przedstawienia świata. Wszystkie ścieżki, po których szedłem, ściany, po których mogłem się wspinać, tworzyły jasne, wyraźne trasy, prowadzące gracza jak po sznurku z punktu A do punktu B - nie mogło tutaj być mowy o jakiejkolwiek nieliniowości.

 

Mimo to taką, a nie inną konstrukcję gry dobrze wykorzystano, rozmieszczając na każdym kroku elementy, urozmaicające rozgrywkę. Zwiedzany świat najeżony jest pułapkami i zasadzkami, przez co Lara bardzo często rzucana jest z deszczu pod rynnę – choć zewsząd nadal czuć nieprzyjemną woń dostosowania wszystkiego pod wygodę gracza. Kamienie spadające z rozwalającego się stropu jaskini nie mają prawa nawet dotknąć bohaterki, a rozpadające się wieże, kolumny i inne elementy otoczenia zawsze formują prostą ścieżkę do wyjścia, wymagającą co najwyżej oddania kilku skoków. Ucieczki z walących się budowli i jaskiń wyglądają naprawdę efektywnie i filmowo, ale po którymś razie przestają robić wrażenie.

 

Nie muszę chyba wspominać, że zagadki blokujące drogę są w Rise of the Tomb Raider standardem? W trakcie przechodzenia misji fabularnych nie spotkałem ich zbyt wiele, najwyraźniej te najciekawsze i najtrudniejsze zdecydowano się zostawić na potrzeby pobocznych grobowców, których przejście jest opcjonalne. Jeżeli ktoś nie ma na nie siły, może odpuścić, ale osobiście kilka razy przyjąłem na klatę takie wyzwanie. Muszę przyznać, że niektóre są naprawdę dobrze przemyślane i trudne w rozgryzieniu, ale satysfakcja z ich rozwiązania i nagrody, które czekają na końcu podziemi, są tego zdecydowanie warte zachodu.

 

 

Kobieta mnie bije!

Mam zastrzeżenia co do mechaniki starć z wrogami. O ile walka na odległość daje radę i nieraz zdarzyło mi się poczuć jak bohater wysokobudżetowego filmu akcji, to za każdym razem, kiedy dochodziło do okładania nieprzyjaciół z bliska czułem, że coś nie gra. Zaangażowanie się w potyczkę w zwarciu skutkowało okładaniem przeciwnika przyciskiem F, podczas, gdy jego koledzy stali po prostu z boku i czekali na swoją kolej. Ta mechanika decydowanie nie powala: mógłbym nawet zarzucić twórcom, że z walki wręcz zrobili istny festiwal wciskania przycisku ataku.

 

Gdyby tego było mało, gra pozwala Larze w dowolnym momencie stworzyć sobie dodatkową amunicję. Nie ma najmniejszego problemu ze skręceniem sobie zestawu wybuchowych strzał w trakcie wywijania się pod pazurami tygrysa. Podobnie wygląda leczenie się – jeżeli Lara ma przy sobie odpowiednią ilość ziółek, to nawet grad kul, pędzący na nią z każdej strony, nie przeszkodzi jej w kilkusekundowym powrocie do pełnego zdrowia.

 

 

Rise of the Tomb Raider ma jednak bardzo wiele całkiem fajnych momentów. Co jakiś czas miałem okazję na wynurzenie się na chwilę z przerębla, by wciągnąć przeciwnika pod wodę czy zaskoczyć go atakiem z góry. Z niemal każdej sytuacji da się wyjść, nie oddając ani jednego strzału – przeciwnicy nie grzeszą spostrzegawczością i dają się zachodzić od tyłu, odsłaniając się na zabójstwo za pomocą jednego przycisku. Martwi koledzy nie zdają się robić na nich wielkiego wrażenia, więc nie ma potrzeby martwić się o wszczęcie alarmu.

 

Co i rusz gra dawała mi szansę na wykorzystanie wybuchowych elementów, przy których wrogowie wspaniałomyślnie utrzymywali pozycje. Najwyraźniej nie wiedzą, że przebywanie w pobliżu dużych, czerwonych elementów z napisem „łatowopalne” nie jest najlepszym pomysłem, kiedy rozpoczyna się strzelanina z udziałem karabinów maszynowych i dziewczyny wyposażonej w zapalające strzały.

 

Bardzo rzadko zdarzało mi się trafiać na silniejszych przeciwników, którzy sprawiali większy problem. Wymagane stało się korzystanie z uników, a gdy udawało im się mnie przyszpilić, odpalały się Quick Time Eventy, które ostatecznie pozwalały wydostać się z opersji.

 

Wyginam śmiało ciało

QTE są jednak spotykane o wiele częściej: konieczność szybkiego wciśnięcia odpowiedniego klawisza pojawia się zawsze wtedy, kiedy Lara prawie-że-spadnie z krawędzi, co zdarza jej się nadzwyczaj często. Za każdym razem jednak oglądamy jej prawie-że-spadanie ukazane w taki sam sposób, gdyż przypisana mu jest dokładnie jedna animacja: skok, zderzenie ze skarpą; Lara nie daje rady, lewa ręka w dół; wciśnij E!… jesteśmy uratowani. I tak kilkadziesiąt, może nawet kilkaset razy w ciągu całej gry.

 

Muszę też wspomnieć o kilku animacjach, które zostały potraktowane przez twórcówbardzo po macoszemu. O ile byłem w stanie wytrzymać oglądanie po raz milionowy tej samej animacji prawie-że-spadnięcia, tak już np. wyjmowanie broni z kabury przyprawiło mnie o parsknięcie śmiechem. Do tego stopnia, że wspomniane animacje postanowiłem ująć na poniższym filmiku:

 

 

Lodowate piękno

Jednak animacje nie kłuły mnie w oczy tak bardzo – wszystkie pozostałe daj radę. Poza tym, miałem do oglądania o wiele lepsze rzeczy, na które mogłem zawiesić oko w trakcie gry – grafika i przedstawione widoki są przerażająco piękne. Autorom naprawdę udało się wiele wykrzesać z silnika graficznego. Bez najmniejszego problemu możemy powiedzieć o Rise of the Tomb Raider, że to jedna z najpiękniejszych gier, jakie do tej pory zostały stworzone.

 

Twórcy bardzo dobrze wykorzystali pełną gamę dostępnych dziś technologii graficznych. To, w jak rewelacyjny sposób efekty świetlne współgrają z wszystkimi innymi detalami, da się odczuć niemal na każdym kroku. Ze świetnie zaprojektowanych lokacji bije przepych szczegółów, a tekstury są ostre jak brzytwa, zarówno te oglądane z bliska, jak i te, które pokrywają najodleglejsze szczyty gór i budowli. Niemal da się poczuć na plecach zimne podmuchy syberyjskich wiatrów.

 

Także postacie sprawiają ogromne wrażenie. Square Enix bardzo się postarało, by bohaterowie oraz sceny, w których biorą udział, zostały doskonale przedstawione, a reżyseria i gra aktorska kaskaderów potrafi wyrwać z butów. Jeżeli tęsknicie za filmowo-growym doświadczeniem na miarę The Last of Us, to Rise of the Tomb Raider jest zdecydowanie pozycją dla Was.

 

 

W pogoni za nieśmiertelnością

Jak już wspomniałem, wraz z Larą trafiłem na Syberię, poszukując artefaktu, przez który zginął jej ojciec, pan Croft. Historia w grze przeplatana jest wieloma wątkami. Na miejscu okazuje się, że społeczność tubylców ma spore kłopoty z najeźdzami, należącymi do groźnej sekty, której celem jest przejęcie wspomnianego przedmiotu, posiadającego potężną moc. Artefakt ukryty jest w skutym lodem mieście Kitież. W trakcie gry podnosiłem dziesiątki dokumentów i nagrań audio, które pozwoliły mi jeszcze dogłębniej poznać historię tego świata. Szybko okazało się też, że wspomniana wcześniej sekta ma z samą Larą dużo więcej wspólnego, niż mogło się na początku wydawać.

 

Ukończenie głównego wątku gry zajęło mi około 25 godzin – to całkiem spora liczba, biorąc pod uwagę, że prawie cały ten czas spędziłem wyłącznie na wykonywaniu misji fabularnych. Parę chwil poświęciłem, penetrując poboczne grobowce w poszukiwaniu artefaktów, które dawały Larze dodatkowe zdolności. Miałem też możliwość wykonania kilku misji pobocznych i wspomóc przyjazną frakcję w obronie przed najeźdcami.

 

 

Podczas całych dwudziestu pięciu godzin historia zdążyła wywrócić się kilkakrotnie do góry nogami. Fabuła rozkręcała się powoli, by w paru momentach bezpardonowo kopnąć mnie w twarz i zostawić z rozdziawioną gębą. Była interesująca, wciągająca i zachęcała do brnięcia do przodu.

 

Tylko nie bij za mocno

Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że Rise of the Tomb Raider zostało bardzo ugrzecznione. W grze brakuje takich brutalnych, kontrowersyjnych scen, które stały się wręcz ikoną Tomb Raider z 2013 roku. Ma to swoje wytłumaczenie w tym, że nie mamy już do czynienia z małą, skromną, bezbronną Larą znaną z początkowych etapów pierwszej części, ale, do licha, to wciąż przecież jest tylko jedna, chuda dziewczyna, która wraz z postępem gry samodzielnie rozbija coraz większe oddziały wroga i tylko ze dwa lub trzy razy wróg daje radę zapędzić ją w kozi róg i sromotnie zlać po twarzy. Twórcy zdecydowanie mogli sobie pozwolić na więcej w tej materii.

 

Nie, żebym był jakimś sadystą, ale w poprzedniej części takie sceny dawały poczucie bezsilności oraz budziły w graczu współczucie i potrzebę ochronienia bohaterki przed wielkim złem, a zarazem wzmagały złość wobec głównych antagonistów. Tutaj nie jest to aż tak wyraźne, choć w pewien sposób dobre, bo postacie nie są już dzielone na jednoznacznie dobre lub jednoznacznie złe. Świat jest w końcu pełen odcieni szarości.

 

 

Podsumowanie

Rise of the Tomb Raider, pomimo kilku pomniejszych wad, jest zdecydowanie solidną, dopracowaną produkcją, po której powinna sięgnąć większość fanów gier akcji, a już na pewno wielbiciele Lary. Ten tytuł z pewnością będzie aspirował do miana Gry Roku. Powiem więcej: moim zdaniem ma bardzo duże szanse, by go zdobyć. Przy RotTR bawiłem się przednio, a poznawanie coraz to dalszych wydarzeń fabuły po raz ostatni było tak przyjemne przy Wiedźminie 3.

 

Twórcy mają jeszcze pole do popisu. Drobne nieprawidłowości ze sztuczną inteligencją mogą naprawić w którejś z nadchodzących łatek, przydałoby się też dograć nieco więcej animacji do tych czynności, które Lara tak często wykonuje – tak, mam na myśli wspomniane wielokrotnie „prawie-że-spadnięcie”. :) Nie istnieje jednak na świecie gra, która byłaby wolna od błędów i wypaczeń, a Rise of the Tomb Raider powinien stanąć tuż obok trzeciej części Wiedźmina na półce podpisanej „tak powinno się robić gry”, bo wszystkie najważniejsze elementy działają tu znakomicie. Z czystym sumieniem przyznaję grze ocenę 9/10 i polecam ją jako obowiązkową pozycję dla każdego, kto choć trochę kocha gry.

Rise of the Tomb Raider

Ocena
9
Wasza ocena
6
Oceń grę
  • Plusy
  • Cudowna grafika, wspaniałe widoki
  • Ciekawa i wciągająca historia
  • Świetne, filmowe akcje i sceny
  • Dobrze napisane postacie
  • Fajne zagadki
  • Dużo opcjonalnych grobowców do zwiedzania
  • Minusy
  • Przeciwnicy nie grzeszą inteligencją
  • Liniowość
  • Kiepska walka w zwarciu
O autorze
OrzełOrzeł
312 1
Oto ja - domorosły webmaster, koder, przedsiębiorca, dziennikarz oraz wielbiciel gier muzycznych i myszoskoczków. Nocami marzę o tworzeniu gier, ale za dnia skupiam się na innych fajnych i ważnych rzeczach, dla odmiany możliwych do zrealizowania.

2 Komentarze

awatar
brevoc (gość) 5 lat temu

Dubbing. Polski dubbing jest tak spartaczony, że to przechodzi ludzkie pojęcie.

0 Odpowiedz
Orzeł 5 lat temu

Zgadza się. Grałem na angielskim, który bardzo dawał radę.

0 Odpowiedz