Lightning Returns: Final Fantasy 13 - Recenzje

00
ravn

Czasami zdarza się, że bardzo  znana seria (czy nawet pojedyncza gra) przemyka tuż pod nosem, wielokrotnie czając się gdzieś z boku - zawsze brakuje okazji do bezpośredniego kontaktu. Miewałem tak nie raz, jednak prędzej czy później, ścieżki przecinały się. Tak też było z serią Final Fantasy, z którą zawsze chciałem się zapoznać, jednak nigdy nie miałem ku temu sposobności – zmieniło się to wraz z najnowszą odsłoną serii, Lightning Returns, trzecią częścią trylogii FF XIII. Postaram się opowiedzieć Wam o tej grze właśnie z perspektywy Finalowego świeżaka, który dopiero jedną nogą wszedł w to uniwersum. Do dzieła!

 

13 finałowych dni

 

Nie jest oczywiście tak, że Final jest mi całkowicie obcy, bowiem co nieco o serii wiem. Nie raz słuchałem rzewnych wspomnień o dawnej świetności, czy o jednym z najsmutniejszych momentów w historii gier, a także narzekań na późniejsze odsłony (w tym sagę XIII właśnie). Podchodząc do Lightning Returns miałem pewne obawy – dostanę przeciętniaka, czy może prawdziwy hit? Czy zrozumiem fabułę? Teraz, po wielu godzinach zabawy znam już odpowiedzi. Dostałem dobrego, solidnego jRPGa, który może nie powalił mnie na kolana, jednak z pewnością zapewnił kupę radochy. A przy tym poznałem świetnie skrojoną historię. Lightning Returns rozpoczyna się 500 lat po zakończeniu XIII-II – trafiamy do świata trawionego Chaosem, w którym człowiek stracił możliwość prokreacji, a bóg odpowiedzialny za „produkcję” nowych dusz umarł. Zawirowania czasu sprawiły, że ludzkość przestała się starzeć. Nieśmiertelność? Nie do końca, każdy może bowiem zostać zabity, tak mieczem jak i chorobą. W tych średnio przyjemnych okolicznościach, ostatni z bogów budzi główną bohaterkę z 500 letniego snu – tytułowa Lightning (znana także z poprzedniej części gry) staje się Zbawicielką, której zadaniem jest ocalić ludzkość. Ma na to 13 dni, po których nastąpi koniec świata.

Fabuła jest moim zdaniem bardzo ciekawa, wyraźnie czuć posmak zbliżającej się zagłady i przelatujący między palcami czas. Nie jest może genialna, jednak opowieść potrafiła wciągnąć mnie na tyle, żebym z wypiekami na twarzy oczekiwał, co będzie dalej. Niestety, zabrakło mi trochę niejednoznaczności. W tym świecie wszystko jest albo czarne, albo białe – nie było momentu, w którym zastanowiłbym się, czy to co robię jest słuszne. Czy pomagam właściwej osobie. Szkoda, bowiem taki zarys fabularny dawał duże pole do popisu. Jednak pewien pomysł przypadł mi do gustu najbardziej – 13 dni faktycznie może minąć! Co więcej, początkowo dostajemy do dyspozycji jedynie… 6. Aby dać sobie więcej czasu na misje główne (których jest 5), musimy wykonywać zadania poboczne. Sam pomysł jest iście genialny, a mechanika doskonała (o czym jeszcze wspomnę) – niestety, same dodatkowe questy kuleją, momentami wydają się być doklejone na siłę. Często są nudne, powtarzalne, do bólu sztampowe. Jest to moim zdaniem spora wada, bowiem wykonywanie tych zadań nie jest opcjonalne – jak wspominałem, tylko ich zaliczanie dodaje nam dodatkowy tydzień oraz doświadczenie. W takim wypadku ograne „idź gdzieś tam, przynieś coś tam” etc. zupełnie się nie sprawdza. Wielka szkoda, bo sama mechanika zabawy jest świetna, a wyścig z czasem zmusza gracza do używania szarych komórek i planowania.

 

Z zadania na zadanie

 

Nie wspomniałem dotąd o głównej bohaterce i Arce. Lightning potrafi zaskakiwać – początkowo zupełnie nie przypadła mi do gustu, jednak z biegiem czasu polubiłem jej sposób bycia, zimną powierzchowność i oszczędność w wyrażaniu emocji. Lightning nawet rozmawiając z przyjaciółmi pozostaje szorstka, a mimo to widać w niej delikatną zmianę, chowane gdzieś w głębi ciepło. Główna bohaterka jest moim zdaniem jednym z najjaśniejszych punktów nowego Finala. Arka jest natomiast niczym innym, jak swego rodzaju bazą, do której co jakiś czas Ligtning musi powracać (a dokładniej – codziennie o 6 rano). To właśnie tam możemy wydłużać pozostały czas dzięki zebranym w questach duszom.

Wróćmy jednak do samej rozgrywki. Wspomniałem wcześniej, że zabawa wymaga myślenia i szybkiego planowania – bez właściwego zagospodarowania czasu doznamy jedynie frustracji, a w najgorszym przypadku nie zdążymy dokończyć gry. Wtedy musimy zaczynać od początku, nie tracąc jednak statystyk (zawsze coś!). Dołóżmy do tego jeszcze system dnia i nocy, który ma realny wpływ na rozgrywkę – niektóre zadania wykonamy np. tylko po zmroku. Często musiałem skakać pomiędzy questami, bo akurat świeciło słońce, a konkretną rzecz można zrobić tylko w nocy. Świadomość upływającego czasu sprawiała, że zwykłe przeczekanie nie wchodziło w rachubę. Żeby tego było mało – poziom trudności jest bardzo wysoki, walki z bossami potrafią solidnie zajść za skórę. Ba, nawet zwykłe pojedynki potrafią podgrzać atmosferę! Szczerze mówiąc, jest to jedna z bardziej wymagających gier, które miałem okazję ostatnimi czasy ogrywać. Odpowiednio wysokie statystyki naszej postaci są konieczne, by cokolwiek w nowym Finalu zdziałać.

Pozostając przy walkach, nie mogę nie wspomnieć o sposobie ich prowadzenia. Japońskie gryRPG kojarzą się głównie z drużynowymi potyczkami w systemie turowym. Nie inaczej było w przypadku serii Final Fantasy, będącej sztandarowym przedstawicielem jRPGów. W Lightning Returns wszystko wywrócono do góry nogami – walczymy samotnie, bez werbowania towarzyszy, a starcia zyskały na dynamice i prowadzone są w czasie rzeczywistym. Brzmi niezbyt zachęcająco, jednak… działa! Mimo braku tur, walka nadal opiera się głównie na strategicznym myśleniu i rozważnym wykorzystywaniu umiejętności, a szybkie palce schodzą na dalszy plan. Jest to możliwe dzięki tworzeniuSchemata – kompletu zawierającego strój (każdy posiada oddzielne właściwości), tarczę, broń oraz kilka umiejętności. Naraz możemy korzystać z 3Schemata, które zmieniamy w locie jednym przyciskiem. Właściwy dobór zestawów jest kluczowy dla efektywnej rozgrywki – każdy z nich posiada też swój pasek ATB, który w trakcie pojedynku kurczy się aż do zera. By naładować go ponownie, musimy przełączyć się na kolejny komplet. Jednak pełną skuteczność w walce uzyskamy dopiero wtedy, gdy nauczymy się odnajdywać i wykorzystywać słabe punkty przeciwnika – oszołomiony wróg ma znacznie większą podatność na ciosy. System zaprezentowany w Lightning Returns okazał się właściwie zaprojektowanym i niebanalnym, a przy tym bardzo dynamicznym. Moim zdaniem stanowi wyśmienitą alternatywę dla klasycznych, turowych potyczek.

 

Nieładnie, nieładnie

 

O Ligtning Returns: Final Fantasy XIII można powiedzieć naprawdę wiele – oprócz tego, że wygląda ładnie. Niestety, strona techniczna została całkowicie olana przez twórców, grafika przypomina tą z czasów PS2 i pierwszego Xboxa. Praktycznie każdy element wykonano słabo, na plus wyróżniają się jedynie niektóre postacie i przeciwnicy. Tekstury są fatalnie rozciągnięte i rozmyte, w lokacjach brakuje szczegółów, budynki wyglądają paskudnie i prymitywne, a do tego zdarzają się spadki płynności – może niezbyt częste, ale niemożliwe do usprawiedliwienia. Nie przy tej jakości grafiki. Mimo wszystko, gra broni się ciekawymi projektami otwartych lokacji (4 główne), doskonale przedstawionymi postaciami i adwersarzami, specyficznym klimatem oraz oprawą dźwiękową (muzyka, odgłosy walki, głosy postaci – bez zarzutu!). Wielka szkoda, że za świetnymi pomysłami nie stanęła odpowiednia technologia.

   

Dobrze i źle

 

Nie wiedziałem, czego mogę oczekiwać po Lightning Returns. Klasycznego jRPGa? Czegoś zgoła odmiennego? Gry wybitnej? Nie mając wcześniej bezpośredniego kontaktu z serią, podszedłem do dzieła Square Enix z czystą kartą. Dostałem dobrą produkcję, momentami nawet bardzo, która mogła być jednak znacznie lepsza. Ciekawe i ze wszech miar udane rozwiązania nieprzyjemnie kontrastują z mniej udanymi, słaba grafika zubaża pomysłowe projekty, a okazjonalne spadki płynności potrafią zaskoczyć w najmniej odpowiednim momencie. Mimo to, grając w Lightning Returns bawiłem się nieźle, z wyraźną uwagą śledząc opowiadaną historię. Jeśli nie jesteś ortodoksyjnym fanem Final Fantasy i klasycznych, turowych jRPGów, a oczekujesz porządnej i wymagającej produkcji, to przygody Błyskawicy powinny Ci się spodobać. Ni mniej, ni więcej - dobra gra.

Lightning Returns: Final Fantasy 13

Ocena
7
Wasza ocena
brak
Oceń grę
  • Plusy
  • Fabuła
  • Oryginalny system walki
  • Dynamika i wyścig z czasem
  • Świetne projekty lokacji, postaci i przeciwników
  • Oprawa dźwiękowa
  • Wysoki poziom trudności (dla jednych)
  • Minusy
  • Bardzo słaba grafika
  • Klasyczny podział na dobro i zło bywa nudny
  • Męczące i powtarzalne questy poboczne
  • Wysoki poziom trudności (dla drugich)
O autorze
ravnravn
54 0

Z klawiaturą i myszką na biurku, konsolką w kieszeni lub padem w ręce jestem niemal od zawsze. Zajarany setką różnych rzeczy. Gry doceniam za emocje, klimat i magiczne „to coś”.

0 Komentarzy