Poltergeist: A Pixelated Horror - Recenzje

00
chinemantis

Przypomnijcie sobie najbrzydszą grę, w jaką ostatnio mieliście okazję zagrać… Podnieście ją o trzy rzędy wielkości, pomnóżcie przez stylistykę hitów wczesnych lat XXI wieku składającą się z kiczowatych skórek na Winampa i syndromem nastolatków lat 90’ (dziwne fryzury, dziwne buty, osobliwe krzyżówki punków z lalkami Barbie). Wyobraźcie sobie teraz lekki odruch wymiotny na widok czegoś, co znacznie odbiega od minimalistycznej, uroczej stylistyki promowanej w dzisiejszych czasach oraz dziwaczne zaskoczenie, kiedy zaczynają mijać godziny, a stylistyka nie dość, że Wam przestaje przeszkadzać, to jeszcze rozpoczynacie Pieśń Żałobną, gdy musicie się z nią pożegnać. Moi drodzy – wbrew pozorom nie byłam na koncercie black-metalowych, garażowych zespołów ze Skandynawii i nie zwiedzałam lumpeksów pod szyldem „Im więcej kiczu, tym bardziej hipstersko”. Po prostu, zasiadłam do Poltergeist: A Pixelated Horror.

 

 

Trochę egzotyki

Świetnie zdawałam sobie sprawę, na co się piszę wybierając grę Italo Capasso i Diany Pacheco. Po pierwsze – Poltergeist: A Pixelated Horror jest grą multiplatformową – no dobra, nie zagramy w nią na stacjonarnych konsolach, ale z pewnością zadowoli ona osoby, które potrzebowałyby nagłej dostawy zabawy - na przykład siedząc na toalecie z PS Vitą, w pracowni graficznej przed Mac’iem, czy w domku – odstresowując się przy zwykłym pececie z zainstalowanym Windowsem… Ale, co najważniejsze, wśród odbiorców jakże pięknej produkcji z pewnością znaleźliby się również wielce oryginalni nerdzi (do których swego czasu próbowałam się zaliczyć), wyznający tylko najbardziej odjechane dystrybucje Linuxa. I, przyznam szczerze – miałam plan przetestować wersje linuxową na Ubuntu (wiem, że to mało oryginalny Linux), jednak z typowego wygodnictwa pozostałam przy tradycyjnej wersji Windowsowej. Dlaczego? Po pierwsze – nie za bardzo chciało mi się męczyć z instalacją Steama a później samej gry na Ubuntu (które ostatnimi czasy obraża się na mnie nawet wtedy, gdy zaczyna się aktualizować), po drugie – stwierdziłam, że większość czytających raczej używa Windowsa, albo w zależności od potrzeb korzysta z tych systemów zamiennie, po trzecie- kiedy gram w kilka gier naraz, ostatnią rzeczą na którą mam ochotę jest przełączanie systemów średnio co trzy godziny.  Nie mniej jednak, dla wytrwałych posiadaczy wolnego oprogramowania (bądź osób, które mają lepszy skill linuxowy) istnieje możliwość zainstalowania gry. Swoją drogą, gdyby ktoś postanowił eksperymentatorsko wypróbować Poltergeist: A Pixelated Horror na jakiejkolwiek dystrybucji Linuxa, bardzo chętnie poznałabym jego opinię.

Całkiem typowo dla produkcji niezależnej gra została stworzona na Unity, przy czym, z całym szacunkiem, nie wykorzystała maksymalnie możliwości silnika. Ale, to nie mnie oceniać – jestem tylko prostą recenzentką, a nie jakimś programistą. Poza tym – chyba taki urok gry.  

 

 

Ale przejdźmy do sedna, czyli EGZOTYKI. Pamiętacie może stare japońskie gry, a dokładniej specyficzne, brzydkie szeryfowe czcionki, którymi były przesycone… A właściwie mix różnorakich szeryfowych, pseudoromantycznopseudomrocznych fontów? Oraz, specyficznych, obrzydliwych ikonek? Z pewnością pamiętacie, chociażby z kultowego osu! (no dobra, osu! nie jest mroczne, ale za to jest przesycone takimi czcionkami). I racja, kiedy njuromantik literki pojawiały się w starych jRPGach czy w napisach końcowych jakiegoś anime – ani trochę to nie przeszkadzało, a nawet dodawało im uroku. Cóż, w końcu pewnie większość z czytających to osób przeżywała wtedy okres szalonego gimnazjum, prowadziła smutne blogi wyglądające jak krwią pisane, jarała się Death Notem, czytała książki Anny Rice czy My, dzieci z Dworca ZOO, nieśmiało przeglądała chany dla samobójców i słuchała smutnej komercyjnej muzyki noszącej godne miano goth-core, emo-core… coś tam, coś tam, byle kojarzyło się z cierpieniem-core (choć niektórym wystarczał do tego Happysad, bynajmniej nie jestem złośliwa)... Taka stylistka była wtedy na porządku dziennym, na koszulkach, majtkach, mrocznych stronach… Ale, wyrośliśmy. Co więcej, młodzież też już nie ta i nawet ziny wydawane przez współczesnych szesnastolatków wyglądają teraz jak milion dolarów z wizerunkiem Lovecrafa zamiast Benjamina Franklina…

 

 

Ale powracając jeszcze do wspomnień i egzotyki, sięgnijmy pamięcią jeszcze bardziej wstecz – a dokładniej do szalonych lat 90’ i azjatyckich kreskówek dla dzieci – tak, wszystkie były słodkie, magiczne, miały zminimalizowaną mimikę twarzy i każda przedstawiała idylliczne życie bohaterów. Miesiące leciały, my uczyliśmy się korzystać z noża i widelca, rysować słoneczka, kotki i ciężarówki, w domach pojawiała się podróba NES’a, a z nią kartridże z pirackimi japońskimi grami kupowane na bazarach. Pamiętacie tę moc pikseli? Masę słodkich postaci?

Poltergeist: A Pixelated Horror nie dość, że oferuje nam sporą dawkę nawet przepikselowanej na siłę grafiki, oldskulowy widok izometryczny na pokoiki w starym domostwie, urocze ludziki i… pieski to jeszcze serwuje nam całą otoczkę jednoznacznie kojarzącą się nam z wielkim bumem na zespół H.I.M. (bleeee!).

…I, tak – gra wydała mi się obrzydliwa. Kiedy po raz pierwszy spojrzałam na ekran powitalny byłam przerażona, tym, że muszę grać w coś tak brzydkiego. Bo tak jak historyjka powitalna była całkiem przyjemna, tak bardzo nie miałam ochoty się w nią wczytywać. I, pewnie trzymałabym się twardo swojego zdania, gdyby nie pierwsza plansza, która pojawiła się na ekranie, po której pojawiały się następne… I następne… I tak przez najbliższe sześć godzin, w ciągu których nie tylko przeszłam całą grę, to jeszcze pełna zrozumienia zaczęłam spoglądać na brzydką grafikę z dziwnym rodzajem turpistycznego zachwytu.

 

 

Modernistyczne chamy, wynocha z mojego domu!

Ileż to razy każdy z nas marzył o tym, by jednym krótkim zdaniem spławić nieproszonych gości. Niektórym, nawet jeśli po kilku głębszych udało się „wyksztusić” w pijackim zrywie urocze: „nu, a tyra, wypirrrrrrr...bo, ja, hik! idm spć”, w końcu i tak zmuszeni byli oczekiwać na zbawienie ze strony wizytatorów. Wyobraźcie sobie teraz, że Wasz piękny dom postawiliście własnymi rękami, połowa cegiełek zalana była krwią Waszych styranych rączek bądź przynajmniej opłacona przez ciężko zarobione pieniądze. I że żyjecie we własnym, pięknym domostwie przez lata z ukochaną żoną i dziećmi. Z każdym zakamarkiem wiąże się jakaś historia, z każdym kątem awantura o... gazetę (bo pominęłam ważny wątek, jesteście XIX wiecznym szlachcicem)... Kochacie swoją rodzinę, na żonie zależy Wam jak na nikim innym. Niestety, medycyna szalonych lat 1890’ nie potrafi zdziałać cudów - Wasza ukochana zaczyna chorować (na przykład na popularne zapalenie płuc) i umiera, a ze sobą do grobu, oprócz obrączki, różańca z kości słoniowej i jedwabnej sukni zabiera część Was. Krwawi Wasze serce, mózg zaczyna szaleć, popadacie w skrajną depresję, a przy życiu trzymają Was tylko wspomnienia związane z Waszym domem. Jeszcze na łożu śmierci zarzekacie się, że domostwa nie opuścicie nigdy. Lecz dzieci, jak dzieci, zamiast przeprowadzić się na prowincję, wolą chatę sprzedać jakimś randomowym nabywcom, nie zdając sobie sprawy z tego, że ojcowska dusza nadal w nim siedzi i za Chiny nie pozwoli nowym mieszkańcom czuć się w niej jak „u siebie w domu”.

 

 

Zadaniem, jakie stawią przed nami twórcy jest jak najszybsze wypłoszenie nowych domowników z naszej posiadłości. Nie jest to zadanie zbyt proste. Jako świeżo upieczony duch, dopiero uczymy się nowych metod odstraszania (które w formie ikonek pojawiają się w lewym dolnym rogu ekranu). Domownicy nie są zbyt skorzy to opuszczenia nowego nabytku. W tym celu wypełniają dom czarownicami, Cygankami, egzorcystami czy pogromcami duchów. Bądź, co bądź, te metody w końcu zaczynają zawodzić, o nawiedzonym miejscu zaczynają trąbić media, a na pomoc domownikom przybywają silni BOSSOWIE, do których zaliczyć można między innymi magika, genialną wynalazczynię, otyłego Dalajlamę czy... Prezesa Banku z psem. Pokonanie BOSSÓW stanowi całkiem spore wyzwanie, tym bardziej, że Henry B. Knight często może nie do końca ogarniać umiejętności swoich przeciwników. Na szczęście, pomimo ograniczonych „czarów” odstraszających czy wysyłających domowników w nicość, mamy do dyspozycji nieskończoną ilość prób wygonienia osób przebywających w mieszkaniu.

Straszenie przybiera formę dość prostej zagadki logicznej. Poszczególne czary, mary czy zwyczajne rzucanie wazonem w pana domu za każdym razem powinny odbywać się w określonej kolejności. Ach, powinniście sobie wyobrazić moją eteryczną minę wyrażającą więcej niż tysiąc słów, a przynajmniej „och, jakże chędogo porusza się ma tętnica szyjna na widok jedynego, niewystraszonego domownika. Chyba w zachwyt wpadnę, albo zniszczę ten niewinny komputer na widok tegoż ekranu!”, kiedy moje „umiejętności” się kończyły, a na planszy zostawał jeden przeciwnik…

 

 

Ale żarty na bok, bo klikanie w poszczególne przedmioty, straszenie ludzi swoim zmysłem artystycznym i pomysłem na zagospodarowanie ich mieszkania czy wsysanie ich do czarnych dziur będących portalem do innych wymiarów (chłe, chłe, jak w tych teoriach spiskowych o Teorii Strun), do zabawnych nie należy… Podobnie jak...

 

Betonowy dworek!

Ok, kto nie lubi żartów? A kto nie lubi sucharów? Ok, nie podejrzewałam, że mogą czytać to jacyś nudziarze… Gra jest utrzymana w stylistyce humorystycznej. Przypomina mi nieco te słodkie śmieszne bajeczki dla dzieci do lat pięciu. Jednak, tak jak mi „suchar world” szczególnie nie przeszkadza, tak znam osoby, które nie znają się na żartach mogą uznać ją za nieśmieszną, głupią i „Co za beton, a to zakończenie to w ogóle, no, idiotyczne”. Jeśli jednak, nie macie jakoś szczególnie wyrafinowanego poczucia humoru, jesteście fanami Familiady, albo po prostu tęsknicie za poczuciem humoru bazującym na dziwacznych skojarzeniach, mogę Wam obiecać dobrą dawkę czarnego betonu…  znaczy się humoru.

 

 

Wsparcie dla idiotów (też z niego skorzystałam)

Jeśli należycie do uciemiężonej grupy gimbusów, macie mniej niż siedem lat, czy jesteście po prostu idiotami, a bardzo zależy Wam na zagraniu w tę grę, polecam Wam rozpoczęcie przygody od krótkiego tutorialu, w którym faktycznie nauczycie się, w jaki sposób wygląda rozgrywka. I, powiem szczerze – taka forma „szkolenia” bardzo mi się podoba (i mówię to również w odniesieniu do innych gier mających taką formę „lekcji grania w gre”). Nie jest irytująca, nie przeszkadza, jest całkiem klarowna, kiedy nie mamy ochoty z niej skorzystać wcale nie musimy i udaje się wynieść z niej więcej niż z usilnie nawpychanych „dobrych rad” już w trakcie rozgrywki.

 

 

Kończąc już

Wiem, że długich tekstów nikt nie czyta, a recenzje przegląda się z uwagi na magiczne „ZA I PRZECIW” oraz obrazki, a rozgrywka w Poltergeist: A Pixelated Horror nie jest na tyle skomplikowana, by jakoś się w nią jeszcze bardziej wgłębiać. Więc powiem tylko tyle – gra, do pięknych nie należy, jest przepełniona głupimi żartami, ale – wybroniła się. Wybroniła się po mistrzowsku, wciągając mnie na wiele godzin (ku rozpaczy mojego lubego, godzin nocnych). Wybroniła się również masą pikselkowych piesków (takie słodkie!) oraz mniej sucharskimi sucharami (chociaż, powiem szczerze, z betonowego zakończenia śmiałam się przez łzy rozpaczy nad jego idiotyzmem).

 

 

Ale! Twórcy pragnący tworzyć jeszcze więcej gier, piszący o sobie skromnie, ale w taki sposób, że łatwo wywnioskować, że nowicjuszami w gamedevie nie są (psychoanaliza jednego zdania), stawiają się na pozycji osób, od których wymaga się nieco więcej. I tak, jak lubię pikselomanię, tak tutaj urocze rzeczy były za bardzo skorelowane z czymś, co przekraczało moją granicę estetyzmu. Gra działała dobrze, pikselkowa animacja prezentowała się nawet całkiem nieźle, w ciągu kilku godzin rozgrywki napotkałam chyba tylko na jednego buga. Jednak, niestety, jakość gry nie jest warta swojej ceny! Na „głupim” Steamie można znaleźć całą masę gier podobnej lub lepszej jakości dostępnych za darmo. I wiem, że 8 euro to nie jest jakaś wygórowana cena, jednak mając możliwość dołożenia kilku cenciaków i zakupu jakiegoś fajnego indyka (na przykład Starbounda – już za niecały miesiąc! - czy Risk of Rain) albo wyszydzanego przez wszystkich portu Final Fantasy XIII, dobrowolnie nie kupiłabym tej gry.

Jednak, nie oznacza to, że jest ona zła! Wiecie, święta się zbliżają, wraz z nimi wyprzedaże, na których Poltergeist: A Pixelated Horror może znaleźć się wśród gier przecenionych. Właśnie wtedy, poleciłabym ją, jako fajnego zabójcę świątecznego czasu.

Poltergeist: A Pixelated Horror

Ocena
6.5
Wasza ocena
4.5
Oceń grę
  • Plusy
  • stylistyka retro
  • całkiem dobra optymalizacja
  • multiplatformowość
  • wciąga na wiele godzin
  • żarty na poziomie przedszkolaków
  • Minusy
  • brzydka
  • żarty czasami nie są wcale aż takie śmieszne
  • trochę za droga
O autorze
chinemantischinemantis
60 14

Graczka traktująca swoje pecetowe seanse jako zmyślny substytut koktajlu z czarnego prochu, psylocybiny i tęczowego lukru. Boi się tulipanów, nie cierpi pająków i żyje w swoim własnym science-fiction.

0 Komentarzy