Starbound - Recenzje

10
chinemantis

Ludzka natura ma w sobie coś wyjątkowego i naturalnego - potrzebę ciągłego odkrywania nowych rzeczy. Jako dzieci z błyskiem w oku dotykamy rozgrzanego do czerwoności żelazka czy wchodzimy na najwyższe drzewa tylko po to, by zobaczyć, jak żyją ptaki. Potem dorastamy, a wraz z nami dorasta nasza ciekawość, a przynajmniej jej najmniej przyjemny aspekt - tchórzostwo. Cóż, w końcu jakże niewielki procent osób zgłosiło się do ogólnoświatowego konkursu po bilet w jedną stronę na Marsa? Albo chodziaż, będąc uzbrojonym w nóż i paczkę zapałek wybiera się w daleką podróż w nieznane?
Na szczęście, wśród gąszczy cyberprzestrzeni pojawiają się pozycje, które pomagają spełniać nam nasze najskrytsze marzenia... A wśród nich, pomimo pozostawania w fazie beta, ciepłą pozycję zajmuje Starbound.

 

 

...Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

Ok, może nie wydarzyło się to, aż tak dawno temu... I, szczerze mówiąc, nie w odległej, a w naszej galaktyce... Grupa trzynastu śmiałków (i jednego psa) postanowiła stworzyć coś tak niesamowitego, że aż niemożliwego. Drużyna, okrzyknęła siebie mianem Chucklefish i ukryła w pewnym tajemniczym miejscu w deszczowym Londynie, z którego kontroluje nadal rozwijające się uniwersum swojego przepięknego dziecka.

I fakt, to, co może odstręczać od gry to wczesny dostęp (co więcej, za grę, w dzień powszedni, za który uważam każdą szarą dobę pozbawioną gamingowych promocji, zapłacimy niemało). Nasuwa się pytanie – czy gra jest warta świeczki? Czy warto wydać ciężko zarobione pieniądze na coś, co może nie przypaść nam do gustu?

 

 

Jako człowiek, mający służyć pomocą odpowiadam – Otóż tak. Wraz z grą otrzymujemy bowiem nie tylko możliwość zmiany gatunku (dodam, że bycie człowiekiem jest kiepskie – ale to może mój paskudny, rodzony kosmopolityzm) czy przemierzania naprawdę ooooogrrroooomnego wszechświata (naprawdę robi wrażenie), ale również obserwowania zmian zachodzących w grze od przysłowiowej podszewki czy uczestniczenia w tworzeniu jej. Powiem szczerze, że mi bardzo odpowiada taka forma zabawy – otrzymałam bowiem grę, która nie tylko jest współtworzona przez graczy, czyli społeczność jej odbiorców, ale za każdym razem, gdy Chucklefish częstuje mnie kolejną aktualizacją, nie dość, że otrzymuję produkt rzadko będącym niestabilnym (pomimo ogromu "środowiska" i faktycznie otwartego świata, Starbound nie tylko nie wykazywał niechęci do współpracy, lecz także z każdą aktualizacją jeszcze lepiej), to jeszcze wraz z większymi aktualizacjami dostawałam możliwość zagrania w praktycznie zupełnie inną grę, która nie tylko wyglądała piękniej, ale również oferowała jeszcze ciekawsze rasy, przedmioty czy questy. I owszem, zgodzę się, że nie każdemu taka forma może odpowiadać, tym bardziej, że wraz z nimi gracz najczęściej traci swoje wybudowane ciężka pracą domostwa. Na szczęście bez większych problemów można wybrać jedną z wersji gry (co może i pozbawi nas radości poznawania nowości, ale nie wywoła spazmatycznych histerii związanych z utratą wszystkich itemków).

 


Hello World!

Podróże w kosmosie do najłatwiejszych nie należą, na co świetnie wskazuje Starbound. Na dzień dobry stawiane jest przed nami naprawdę trudne wyzwanie – wybór rasy, płci, ubranka i osobowości. Tuż po dokonaniu tegoż jakże trudnego zadania, lądujemy gdzieś w samym środku niczego w swoim statku. I już pojawia się nasze pierwsze wyzwanie – znalezienie jedzenia (twórcy nie wyposażyli naszych statkowych sekretarzyków w zliofilizowane lody czy cheeseburgery). Na samym początku powinniśmy zdać sobie sprawę z kilku rzeczy – nasze położenie jest fatalne, mamy pusty bak paliwa, ale w obrębie galaktyki możemy podróżować niesieni samymi oddziaływaniami grawitacyjnymi. Zwiedzana przez nas planeta, poza smacznymi roślinkami czy chodzącą potworniną, może zaoferować nam zagładę w czystej postaci – do najczęściej spotykanych przypadków śmierci można zaliczyć bowiem ukatrupienie przez hordy tubylców (uwierzcie mi, naprawdę głupio umrzeć z rąk różowiastego krokodyla), zatonięcie w lawie, bycie rozstrzelanym przez oddziały wojsk (ha, mnie też zastanawiało, skąd one się tam wzięły!), spędzenie nocy na mrożącym krew w żyłach mrozie, brak atmosfery czy deszcze tak kwaśne, że aż przypominające znamienną scenę z Breaking Bad, w której Pinkman i Walter pozbywali się swojej pierwszej ofiary.

 

 

Waszą pierwszą potrawą powinno być mięso – i tak, mam gdzieś Wasz wegetarianizm – bez zabicia potwora i usmażenia mięsiska, nie przejdziecie pierwszego questu, który jest przepustką do faktycznej rozgrywki. A potem…

 

 

Pora na przygodę!

Świat Starbounda przypomina marzenie senne każdego dziecka. Całe otoczenie zbudowane jest z  pikselków przypominających kosteczki gumy balonowej czy bąbelkowej czekolady. Co więcej, gra umożliwia nam tworzenie całej masy przedmiotów (w sposób tradycyjny, z wykorzystaniem crafting table oraz za pomocą fabrykatora) oraz (to spodobało mi się najbardziej), gotowanie najdziwniejszych potraw świata. Cóż, muszę przyznać, że Starbound wybudził mojego wewnętrznego rolnika, przez co całą masę godzin spędziłam przy tworzeniu swoich pól i sadów.

 

Większość sandboxów survivalowych ma to do siebie, że bardzo szybko się nudzą. Zgoda, można tworzyć w nich genialne rzeczy, wyszukiwać najfajniejsze materiały, jednak w pewnym momencie gra pozostawia niedosyt. W Starboundzie nie sposób się nudzić – już na samym początku gry jesteśmy zarzucani całą masą questów, szykujemy się na starcie z Bossami czy najzwyczajniej w świecie próbujemy sobie zarobić na batonika czy paliwo. Zadania, które stawia przed nami platformówka są osobliwe. Co więcej, ich dziwactwo wzrasta wykładniczo z kolejnymi aktualizacjami, przez co naprawdę zaczynam martwić się o swój stan psychiczny po wypuszczeniu wersji stabilnej.

 

 

W pięknym świecie…

Wbrew pozorom, jako koneser gierek piksel artowych, zwracam ogromną uwagę na sposób wykonania grafiki i ogólne odczucia wizualne. I, muszę przyznać, że od pierwszego odpalenia Starbounda byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Każda najmniejsza planeta łączy w sobie swój swoisty klimat z osobliwym urokiem gry, przez co gra wydaje się być bardzo spójna. Co więcej, nawet pozornie nic nieznaczące elementy wydają się być idealnie dopieszczone, co sprawia, że sandbox jest naprawdę miły dla oka.

 

 

Gdyby efekt wizualny do Was nie przemawiał, wspomnę tylko o świetnie komponującej się z rozgrywką muzyce, dzięki której przemierzając dwuwymiarowy świat gry, faktycznie przeżywamy przygody, które napotykamy na swojej drodze.

Starbound zachwyca swoim rozmiarem, ilością questów czy idealnym dopracowaniem najmniejszych elementów. Niestety, wraz z dopracowaniem idą wymagania sprzętowe. I tak, jak gra działa całkiem nieźle na sprzęcie średniej klasy, tak z pewnością nie pociągnie na starszym sprzęcie (na którym Terrarię moglibyśmy odpalić bez większych problemów).

 

 

Kosmiczne pożegnanie

Starbound, spośród wszystkich moich growych odkryć ostatnich miesięcy, okazał się być dla mnie największym pozytywnym zaskoczeniem. Zachwycało w nim wszystko – możliwość podbijania kolejnych planet czy galaktyk, bardzo ciekawe questy czy oryginalne rozwiązania.

Pomimo nieprzyjemnych przygód związanych z niekompatybilnością wersji (usuwanie osiągnięć czy zmian w świecie gry), Starbound zachwycił mnie od pierwszej chwili.

Więc, jeśli i w Was drzemie chęć podboju kosmosu – koniecznie wypróbujcie grę Chucklefish!

 

Starbound

Ocena
8
Wasza ocena
9.7
Oceń grę
  • Plusy
  • pixel art na najwyższym poziomie
  • świetna muzyka
  • ogromna przestrzeń
  • całkiem niezła optymalizacja
  • świetne, zabawne questy
  • bossowie, dzięki którym nie sposób się nudzić
  • Minusy
  • gra w niestabilnej fazie beta
  • możliwość utracenia swoich zmian w świecie wraz z większą aktualizacją
O autorze
chinemantischinemantis
60 14

Graczka traktująca swoje pecetowe seanse jako zmyślny substytut koktajlu z czarnego prochu, psylocybiny i tęczowego lukru. Boi się tulipanów, nie cierpi pająków i żyje w swoim własnym science-fiction.

1 Komentarz

Orzeł 5 lat temu

To prawda, Starbound jak na indyka nie kosztuje mało, ale zapewne to właśnie mają do siebie genialne gry indie. Ze swojej strony mogę polecić - z całą szczerością, jaką pomieści moje serce - RimWorld, grę, w której budujesz kosmiczną kolonię na obcej planecie po katastrofie statku. Ale zapewne już i tak o niej wiesz. Pakiet zawierający samą grę kosztuje 30 dolarów i też daleko jej jeszcze do wersji finalnej. Na razie mamy 0.8 alpha, a już zachwyca dopracowaniem, co więcej, istnieje masa modów, które ubarwiają rozgrywkę.

W Starbounda popykam jeszcze dzisiaj - dostałem ją już jakiś czas temu, ale jakoś nie przekonała mnie do siebie. Ostatnio jednak mam fazę na dawanie różnym produkcjom drugiej szansy, więc czemu nie? :)

0 Odpowiedz