Borderlands: The Pre-Sequel - Recenzje

00
JohnSnake

Zarzucać serii Borderlands monotonię rozgrywki, to jak marudzić, że w kolejnych odsłonach F1 tylko się jeździ bolidami po zamkniętych torach. Gry od 2K Games są przeznaczone dla określonej – ale dość dużej – grupy odbiorców, i z tego też powodu ciężko się było spodziewać po Borderlands: The Pre-Sequel jakichś rewolucyjnych zmian. A jednak australijski oddział zdołał wprowadzić kilka bardzo istotnych ciekawostek i modyfikacji. Przy okazji olewając całą resztę elementów, z których słynęły poprzedniczki.

 

Hyperion, mamy problem!

Prawda jest taka, że jakiekolwiek recenzje Borderlands: The Pre-Sequel są w gruncie rzeczy zbędne. Swojej przygody z serią nie można zacząć od tego tytułu, ponieważ zawiera zbyt dużo odniesień do poprzedniej części. Z kolei fani Borderlands 2 w ciemno polecą do sklepów, spragnieni starej siekaniny w nowym wydaniu. I niech mnie macka Latającego Potwora Spaghetti broni przed stawaniem im na drodze! Powinni oni jednak wiedzieć, że nie wszystko gra tutaj tak, jak powinno.

 

 

Zacznijmy może jednak od mocnej strony, do której mimo wszystko muszę zaliczyć główną oś fabularną. Tak, jest ona jednym wielkim wypełniaczem – dowiadujemy się z niej cóż takiego drzewiej porabiała Moxxi oraz starzy Vault Hunterzy (w tym Roland czy Lilith). Poznajemy też Przystojnego Jacka, jeszcze zanim stał się ogromnym wrzodem na zadzie. Można powiedzieć, że to on jest „głównym daniem” zaserwowanej nam historii – zmiana od nieśmiałego programisty do bezlitosnego dowódcy armii robotów dzieje się niejako na naszych oczach. Fakt, zmusza go do tego sytuacja – jego „alma mater”, gigantyczna stacja Hyperion, została przejęta przez panią pułkownik Zarpedon i jej zbirów, a ich nadrzędnym celem jest obrócenie Elpis w pył. Gra nie daje nam o tym zapomnieć, o czym sami się przekonacie.

 

Claptrap wielkim wojownikiem jest?

Pod wieloma względami Borderlands: The Pre-Sequel przypomina staroszkolne strzelanki, z Unreal Tournamentem na czele. Rozgrywka jest bardzo dynamiczna i przede wszystkim wymagająca – dzięki niskiej grawitacji księżyca możemy skakać na kilka metrów w górę (są też double-jumpy i dashe!), a nawet miażdżyć naszych przeciwników niespodziewanym uderzeniem w ziemię. Twórcy zadbali także o nowe pukawki w postaci broni energetycznej – te również mają swoje korzenie w old-schoolowych FPS-ach, a lightning guny czy railguny zdają się być żywcem wyjęte z takiego np. Quake 3 Arena. Ich skuteczność z pewnością potęgują obrażenia od nowego żywiołu, czyli lodu. Zamrażanie jest zresztą tutaj bardzo przydatne, bo nowych umiejętności dorobili się nasi przeciwnicy. Bandyci potrafią korzystać z jump padów i są bardzo mobilni, a „natywni” przedstawiciele księżycowej fauny potrafią się regenerować albo (dosłownie) rozbijać na drobniejszych przedstawicieli swojego gatunku. Sporo frajdy dają też potyczki z bossami, których w tej odsłonie jest niestety jak na lekarstwo.

 

 

Nowi są także bohaterowie – Athena, Nisha, Wilhelm i Claptrap. Pierwszy raz w historii serii miałem jednak wrażenie, że z uwagi na charakter rozgrywki, ostateczny wybór bohatera okazywał się mieć marginalne znaczenie. Owszem, tarcza Atheny potrafi uratować nam skórę , a drony Wilhelma zapewniają ekstra wsparcie ogniowe, ale bez umiejętności szybkiego i sprawnego poruszania się po lokacji i tak zginiemy w kilka sekund. Chyba, że gramy Claptrapem – jemu na dłuższą metę nic nie pomoże w walce.

 

 

Bardzo dynamiczna i efektowna rzeźnia w dużej mierze rekompensuje braki na innych polach, ale i tak ciężko nie zwrócić nań uwagi. Gra jest znacznie krótsza od poprzednich części (pomijam DLC), a zadania poboczne są mało ciekawe. Do tego dochodzą niewielkie lokacje, po których często musimy latać w kółko – backtracking sztucznie wydłuża czas potrzebny na ukończenie konkretnych zadań, co jest miejscami aż nadto widoczne. Całości nie ratuje także charakterystyczny czarny humor, którego w Borderlands: The Pre-Sequel jest po prostu za mało.

 

 

Księżycowa pustka

Elpis jest szary i nudny. Rozumiem, że twórcy nie mogli zrobić nic prawdziwie kreatywnego z powierzchnią księżyca, ale nawet zamkniętym lokacjom brakuje polotu – pod względem designu po prostu czuć mnóstwo zmarnowanego potencjału. Lepszego wrażenia nie robi też ścieżka dźwiękowa – elektroniczne i raczej spokojne dźwięki momentami nijak się mają do tego, co dzieje się na ekranie. Co tu dużo mówić – The Pre-Sequel ma chyba najgorszy soundtrack w historii serii. Do tego sama gra nie ustrzegła się błędów, takich jak niewidzialne ściany w dziwnych miejscach, czy postacie wtapiające się w ziemię.

 

 

Tak jak pisałem na początku recenzji – Borderlands: The Pre-Sequel jest produkcją, której nawet nie powinno się wystawiać oceny, gdyż prawdziwi fani i tak po nią sięgną, a cała reszta nie powinna jej tykać bez zapoznania się z Borderlands 2. Tytuł od 2K Australia nie pcha serii fabularnie do przodu (chociaż zakończenie może sugerować coś innego... ale tego akurat Wam nie zdradzę), i pod wieloma względami jest gorszy od poprzedniczek. Z drugiej strony oferuje zupełnie nowe podejście do klasycznego modelu walki. No i posiada broń laserową. Jednak według mnie to za mało, by za coś, co jeszcze kilka lat temu zostałoby nazwane dodatkiem, płacić jak za pełnoprawny produkt.

 

Borderlands: The Pre-Sequel

Ocena
6
Wasza ocena
7.3
Oceń grę
  • Plusy
  • Świetne uzupełnienie historii serii
  • Dynamiczna i efektowna walka
  • Broń laserowa!
  • Claptrap
  • Fajne walki z bossami
  • Minusy
  • ... których jest zdecydowanie za mało
  • Claptrap
  • Denerwujący backtracking
  • Design misji pobocznych
  • Monotonne lokacje
  • Słaba ścieżka dźwiękowa
  • Mniej zabawna od poprzedniczek
O autorze
JohnSnakeJohnSnake
707 9
Pecetowiec wierny wujkowi Newellowi. Fan sieciówek, 'rogalików' i sandboxów. Serialowy maniak. Wieczny poszukiwacz dobrego kina science-fiction oraz fantasy. Oprócz tego lubi dobre żarcie i jeszcze lepsze piwo. Innymi słowy – typowy nerd.

0 Komentarzy

Najnowsze recenzje

Dołącz do zespołu Gamedot

Jesteś graczem? Interesujesz się branżą gamingową? Chciałbyś pisać o tym co Cię interesuje?

Dołącz do redakcji gamedot.pl i dowiedz się co możesz zyskać. Prześlij nam próbny tekst i kilka słów o sobie na adres redakcja@gamedot.pl