TOP10 Naj*****wszych gier wg Dakanna - Publicystyka

41
Dakann

Każdy gracz w swoim życiu choć raz natknie się na tytuł, który można nazwać Żniwiarzem Umysłu. Każdy z nas trafił kiedyś na tytuł, który zgwałcił go mentalnie, pozostawiając na wpół zgiętego, w pozycji embrionalnej na podłodze, łkającego cichutko i przytulającego klawiaturę. Zadawając sobie pytanie – dlaczego? Dlaczego ktoś zrobił tak obrzydliwie ch***wą grę, tak dalece niegrywalną i debilną. Odpowiedzi szukać próżno, można jedynie poddać się jakiejś formie terapii. W moim przypadku to alkohol, ale o tym może kiedy indziej.


Fizyczny ból jakiego doznaje gracz grająć w totalnie ch***wą grę jest namacalny. Widać to na jego zjeżonej skórze, na otwartych od gorączkującej kur**cy porach, na przeszklonych oczach, w których czai się obłęd i iskierka szaleństwa. Drżąca ręka, która rzeźbi kręgi w biurkach niczym deszcz drenujący skałę przez wieki. Zmęczone palce, ledwie reagujące na słabe już impulsy z mózgu, który prosi o jedno – wyłącz to gówno. Dlatego specjalnie dla Was przygotowałem osobistą listę gier, które podniosły mi ciśnienie do stanu przedzawałowego. To gry niekoniecznie złe – to raczej tytuły, które ofiarowały mi ogromną dawkę wku****nia. I nigdy im tego nie zapomnę.


10. Star Wars Racer


O tym gwiezdnym śmieciu już było w poprzednim felietonie. Tam oszczędziłem większej krytyki, ale tutaj nie mogę nie powiedzieć więcej. Można ten tytuł lubić za wiele – za mapy, za pojazdy, za szybkość i ‘emocje’. Ja jednak tej gry nienawidzę za wiele innych aspektów. Po pierwsze ZAWSZE miałem problem z padem. Nie wiem, może kupiłem złom, może to wina tego, że gra była ze stadionu X lecia, ale nigdy sterowanie nie działało tak jak powinno. Teoretycznie mógłbym grać na klawiaturze, ale ściganie się tym małym gnojem z kosmitami po jakimś pustynnym zadupiu korzystając z klawiszy okazywało się pierwszym stopniem do osiągnięcia RAGE’A. Potem było już tylko gorzej. Próbowałem dalej i dalej, ale gra po prostu nie pozwala się okiełznać, jak dzika bantha wierzgała na lewo i prawo, wprawiając mnie w osłupienie przy każdym nowym wyścigu. Dlaczego ja w to gram, DO CH**A WACŁAWA?!  Pytałem samego siebie przy każdym starcie. Po dziś dzień nie wiem dlaczego siedziałem tak długo przy tym marnym tytule. Może to fakt bycia fanem i chęć bycia ‘wiernym’. Typowy ślepy fanatyzm.


9. Jurassic Park (Amiga 500)


Mateczko Graczowa, miej w opiece moje stare dżojstiki, gdy pomyślę co działo się z nimi podczas moich seansów w tę zacną produkcję. Proces MOM (Mięso Oddzielane Mechanicznie) zawsze był moim ulubionym motywem w grach. Nic bowiem nie sprawia większej radości jak MORDOWANIE. Przykre, ale prawdziwe. Zabijać lubi każdy. No prawie. Gorzej jednak gdy to na nas polują. Szczególnie wielkie, pixelowe dinozaury. Gra miała nawet wysoką grywalność, parę ciekawych pomysłów i kilka świetnych momentów. Tak przynajmniej mogę wyczytać z recenzji, bo sam NIGDY NIE PRZESZEDŁEM PIERWSZEGO JEB***GO LEVELU. Poziom trudności zjadał mnie na śniadanie. Nie wiem, może brat mnie trollował i specjalnie ustawiał na wyższy, może byłem po prostu opóźniony (wciąż jestem?). Gra nie pozwala mi ukończyć dosłownie niczego – ginąłem jak typowy lamus, praktycznie zaraz po wyjściu z bunkra czy innego schronu. Jako dziecko przeżywałem muzykę i czułem klimat, jednak strach pokonywało tylko jedno uczucie – narastający wk**w. Nigdy nie zapomnę tego szmatławca, który sprawił że gady śniły mi się po nocach.


8. Mortyr

Nie ukrywam, że na tytuł czekałem długo i z niecierpliwością. Jako wielki fan II Wojny Światowej (nie wiem jak można być fanem tego okresu, ale nieważne) uwielbiam gry w owym klimacie. Wolf dawał mi to co najlepsze – naziści do trzepania, wątek historyczny, rozgrywka FPP i dostęp do historycznej broni. Jakież było moje zdziwienie, moi państwo! Spodziewałem się gry przynajmniej grywalnej, ale NIE. Dostałem kloca nie grę. Poziom graficzny (mimo tamtych lat) zjadał oczy na śniadanie. A.I. przeciwników porównać można jedynie z 4 latkami gdy słyszą dzwonek oznajmiający koniec drzwi w przedszkolu. Chaos i dzicz. Gra była okropnie zabugowana, przynajmniej zaraz po wydaniu, gdyż byłem na tyle wielkim idiotą by kupić oryginał. Mimo, że grałem wcześniej w demo, gra wydawała się być zachęcająca. Już pies walił hajs, który przepadł.. ale czas. Mój drogocenny czas. Stracony. Na zawsze. Tak samo jak mój szacunek do tego tytułu. Zresztą co można dobrego powiedzieć o grze, w której dziennik napisany jest Comic Sansem, no ku**a!
 

7. BloodRayne


I znowu ulubione combo – II Wojna Światowa, fantastyka i wampiry. Czego chcieć więcej, zważywszy, że główna bohaterka miała nieziemską dupeczkę. A w grach przecież to najważniejsze. Niestety, klawiszologia mnie pokonała. To był pierwszy znak, że Dakann grubasek nigdy nie będzie radził sobie w gry pokroju skaczących małp-zabójców. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem i usilnie powtarzałem każdy level aż do skutku. Nie zaszedłem jednak daleko, bo jakaś uciekająca su*a po dachach domków na bagnach zawsze była szybsza. Ja natomiast nie potrafiłem w grze zrobić nic. Nienawidzę tego rodzaju gier, po prostu nie trawię. Zostały stworzone na pada więc niech ku**a trzymają się platform gdzie padów się używa. PC ma mysz i klawiaturę, albo robi się grę, która to ogarnia, albo tytuł wita tylko PS i X kwadrat. Żeby tego było mało, gra doczekała się adaptacji filmowej wykonanej przez największego filmowego wroga wszystkich graczy czyli Uwe Bolla. O ile gra zgwałciła mój umysł, o tyle film rozpruł mnie na kawałki, podobnie zresztą jak każdego kto widział dzieła tego zacnego Niemca. Nikt wcześniej, ani już nikt nigdy nie popełni geniuszu chu****ści jakim szczyci się ten człowiek, bowiem jego produkcje, a w szczególności ta konkretna, wbiły flagę w wierzchołek tandety.

 

6. Ricochet (Half Life mode)


Niektóre gry są dowodem na to, że twórcy nie stronią od narkotyków, szczególnie tych mocnych. Nie wiem na jakim kwasie leciała ekipa tworząca mod do Half Life’a, ale musieli mieć po nim niezły.. rykoszet (ba dum tss!). Gra zastanawia mnie po dziś dzień. Przeanalizujmy – gracz porusza się po dziwnych dyskach zawieszonych w przestrzeni. Nie może patrzeć w górę ani w dół, może jedynie skakać po ‘jump podach’ na kolejne platformy. Nie ma drużyn choć na to wskazywałyby kolory skinów. Nasza broń to coś na wzór dysków z Tron’a. Mamy pare powerupów, jeżeli zginiemy to i tak nic się nie stanie, bo nie ma licznika śmierci w ogólnych statsach. Nie naliczają się fragi ale punkty (które są za zabicie, więc czemu nie fragi do ch**a?!). Gra udźwiękowieniem przypomina pobyt na koncercie Gracjana R. Po 5 minutach rozgrywki człowiek nie ma pojęcia co ma robić dalej, bowiem gra oferuje zaledwie 2 mapy, które są prawie identyczne, 90% graczy to boty, brak celów, osiągnięć czy modów. NIC. Gra jest pusta jak aramejski wazon po winie. Zagrajcie z ciekawości, bowiem nie przypominam sobie bardziej kretyńskiej gry niż ta.


5. Flappy Bird


Świeżynka, o której już stało się głośno za sprawą paru marketingowych czynników, ale nie o tym teraz mowa. Gra oferuje banalną grafikę oraz intuicyjne sterowanie, tak przynajmniej opisałby je twórca. Fakt jest taki, że grafika jest stara i chciałaby być retro ale nie jest, a sterowanie to obelga dla ludzi myślących. Wciskanie jednego klawisza zostawmy ludziom uzależnionym od jackpotów w ulicznych spelunach. Jeżeli graliście to wiecie o co chodzi – leci ptaszek, przed nim zielone rury ala Mario, no i trzeba zmieścić się w szparach. Gra ma wykręcony poziom trudności, nie ma w niej żyć, nie ma savów, nie ma nic. Słowem wirtualna symulacja osiągania najwyższego poziomu wkur***nia. Każda śmierć oznacza zaczynanie od początku, z  zerowym stanem punktów. Ciężko to porównać do jakiejkolwiek inne gry, nawet starej. Ja miałem przyjemność grać w Flappy Bird’a na PCie, jeżeli jednak przyszło by mi zmierzyć się z produkcją na telefonie, dziś nie miałbym już smartfona, gdyż leżałby w kawałkach, głęboko na dnie żołądka jego twórcy. Trzeba być okrutnym, niegodziwym człowiekiem by stworzyć coś tak potwornego. I jeszcze chcieć za to hajsu.


4. Flashback (Amiga 500)


Zapewne posypie się na mnie hejt za obrazę tego zacnego tytułu, ale jakoś to przeżyję. Grze przyznam jedno – świetna oprawa graficzna, ciekawa fabuła i nowatorskie sterowanie. Jednak to właśnie to ostatnie sprawiało że moje palce uprawiały balet na klawiszach. Wiem, że wtedy takie sterowanie było standardem, wiem że zręcznościówki tego rodzaju tak właśnie miały działać. No ale do ciężkiego penisa, jak grę która nakłada niekiedy ogromną presję czasu, można wyposażyć w taki system skakania/łapania się? Ja płakałem, PŁAKAŁEM DROGI CZYTELNIKU przy każdej śmierci tego frajera w brązowej kurtce. Roniłem łzy nienawiści i rozpaczy do twórców tego morderczego survivalu. Nigdy wcześniej żadna gra mnie nie wciągnęła tak bardzo fabularnie, jednocześnie wypychając mnie na powierzchnie przez swoje zje**ne sterowanie. Dziś oglądam z nutką nostalgii filmiki z gameplay’em i cichutko zazdroszczę ludziom którzy potrafili przejść ten masterpiece.


3. Portal


Kolejny przykład na to że gry, w których należy myśleć nie są przeznaczone dla mnie. To smutne, ale bardzo chciałbym umieć przejść Portal. Może i bym potrafił, gdyby nie fakt, że przy każdym zjebanym levelu w grze, natychmiast przełączam się w Berserker Mode, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Czary mary, hokus pokus, NIE MA RYMU, CH*J W DUPĘ. Strzelanie tym ultra zajebistym działkiem jedynie po to by zbierać sześciany i usuwać działka, które w HL2 można przewrócić nogą, nie jest dla mnie. Nie kupuje tego. Wolę wersję 2D, jest spokojniejsza i zawsze mogę wyłączyć przeglądarkę gdy do twarzy napłynie za dużo krwi. Przy normalnym Portalu muszę nosić ochraniacze na dłonie, bowiem rzucam się jak szympans na widok banana. Żeby tego było mało, wyszła druga część tej produkcji i ludzie wciąż się jarają. Ja, oglądając filmiki z najtrudniejszych misji, zastanawiam się czy to ja mam ograniczenia psychoruchowe, czy każdy grający w Portal to sawant.


2. Diablo III


Trzecia odsłona legendarnej serii nie tyle co mnie wnerwia, co sprawiła mi olbrzymi zawód. Gigantyczny wręcz. Dekada oczekiwania, niezliczone godziny rozegrane w Diablo II jak i jeszcze dawniej w Diablo. Zapowiedzi o zajebistości tej gry niedawały mi spać po nocach, oczekiwanie było niczym udręka. I w końcu jest, premiera, wszystkie gry wykupione, czekam jak lamus aż przyjedzie więcej do sklepów, w końcu jest, udało się, kupione! Instalacja, tworzenie postaci, zaczynamy zabawę! 48h później wiem już, że z legendy zostało jedynie plastikowa wydmuszka z dżemową krwią i onanizmem graficznym. Każdy je**ny spell w tej grze rozbłyskuje się milionem kolorów, runów, aury i innego gówna. Gdzie podział się zwykły atak mieczem? Gdzie najprostsza na świecie kula ognia? Czy naprawdę podstawowy czar 1 levelowego czarodzieja wygląda jak ciastownie 50 ubercool zaklęcia poziomu hard? A potem jest tylko gorzej. Fabuła zła, wręcz okropna. Nie można za wiele wymagać, ale po przeczytaniu książek człowiek miał nadzieję na coś ambitniejszego. Diablo wygląda jak hybryda zachudzonej modelki i kota. Tyrael okazuje się być zwykłym murzynem, który po upadku jest zwykłą ciotą (nie jestem rasistą, co to to nie, ale.. naprawdę?), Cain zdycha jak lamus, a reszta to już śmiech na sali. Przejście pierwszych 3 poziomów trudności to banał, po czym dochodzimy do ściany w postaci 4 poziomu. Tutaj bez wsparcia znajomych nie da się zrobić nic. TO NA CH*J MI TA GRA NA SINGLA, ja się pytam? Gdybym miał hajs, wytoczyłbym im proces sądowy o straty moralne.


1. Counter Strike


Już tłumaczę dlaczego. Po pierwsze ta gra zmieniła oblicze internetowej rozgrywki. To chyba jasne. Po drugie wprowadziła prawdziwy teamplay, którego tak naprawdę brakowało wcześniej, przynajmniej na taką skalę. Po trzecie, w CSa grał KAŻDY. To gra, którą słychać było (i jest!) z osiedlowych okien, to gra o której gadało się na przerwach w szkole, to gra która z każdym swoim patchem wprowadzała rewolucję w rozgrywce i umysłach graczy. To w końcu gra o nieskończonej ilości modów, trybów gier, map, dodatków i wielu innych. To gra która zawładnęła moim pokoleniem. To jednak również gra, która nauczyła mnie niebywałej agresji wobec przeciwników, a także współtowarzyszy. Gdy w finałowym meczu, remisując, ktoś z naszej drużyny popełni karygodny błąd i zacznie rozbrajać nie upewniając się czy obok nie czai się ostatni Terro z 2 hp na liczniku i dostaje heda, rage który pojawia się w umysłach drużyny jest niepoliczalny. Ta gra paliła mikrofon od darcia mordy, zdalnie niszczyła myszki i sprzęt, tworzyła cyfrowych arcywrogów na całe życie. Ta gra to mieszanka doskonałej rozrywki, która jednak jest nacechowana niesamowitą rywalizacją, której młody umysł nie jest w stanie przetrawić, szczególnie gdy na koncie 7 lasek z matmy i widmo kiblowania w gimbazie.


Kocham CSa, ale jednocześnie nienawidzę go za to co sobą reprezentował w osiedlowych rozgrywkach – chlew, nienawiść, olbrzymi hejt, banowanie za bycie lepszym, zrywanie znajomości w realu, zabieranie czasu, niszczenie życia towarzyskiego. Ta gra zabrała mi więcej niż ktokolwiek żywy. Ilość hajsu jaką wyjebałem w gralniach starczyłyby mi teraz na 2-3 raty za mieszkanie. Czas, który zmarnowałem zakładając hedy z Deserta, mogłem spożytkować chociażby na spacerach, nie mówiąc już o sporcie. Ta gra to prawdziwy zdrajca. Przytuli, pozwoli się pobawić, sprawi że wspaniale spędzisz czas. A potem wepchnie ci sztylet rozpaczy między żebra żeby tylko zostawić cię w otchłani rzeczywistości, w której nic nie jest takie proste jak ściągniecie kogoś z AWP przez drzwi na de_aztec.


Wiele z tytułów przeze mnie wymienionych zapewne kochacie, innych nie jesteście w stanie pojąć dlaczego znalazły się na tej liście. Jak mówiłem, to spis gier, które sprawiały, że miałem ochotę rzucić bycie graczem, ale jednocześnie sprawiały, że siedziałem przed monitorem jeszcze dłużej. I chyba na tym polegała ich magia. Za to im dziękuję i za to je nienawidzę.
 

O autorze
DakannDakann
24 2
Zapalony gamer, oddał duszę i ciało platformie PC. Pada trzyma tylko kiedy na ekranie odpalona jest bijatyka. Nieskończone studia, pseudo celebryta, wciąż bez prawa jazdy, dopiero rok temu nauczył się 'czytać' zegarek wskazówkowy. Deff na hejt +200%.

4 Komentarze

awatar
Takeshi (gość) rok temu

BloodRayne trudny? Zła klawiszologia? ... ... ... ... Cóż. Grałem w to mając... 14 lat? Pamiętam, że narzekałem, że gra za łatwa. Ostatnio też ją przechodziłem i to samo mówiłem. Ale akurat sterowanie było w porządku, padem w tej grze się gorzej sterowało. Może po prostu warto się przyznać, że jest się kiepskim gamerem?

0 Odpowiedz
awatar
macsurf (gość) 3 lata temu

Brak w spisie jednak kultowej, rewolucyjnej i piekielnie grywalnej serii Battlefield :)

0 Odpowiedz
awatar
Jack (gość) 3 lata temu

Portal nie jest taki trudny, dasz radę Grzegorzu :p

0 Odpowiedz
awatar
Henomi (gość) 3 lata temu

Piękny opis gier

0 Odpowiedz