Motyw miłości w grach - Publicystyka

43
sandmann21

Nienawidzę walentynek. Kropka. Jestem zdania, że miłość winno się okazywać na co dzień, a nie od święta poprzez nabywanie dla ukochanej osoby karteczek, misiów, bombonierek i Bóg wie czego jeszcze upstrzonego serduszkami. Niestety wszechobecna nagonka ze strony mediów i znajomych podpytujących się jakie mam plany na 14-tego lutego sprawia, że oczywiście głupio mi nic w ten dzień nie organizować. Ląduje więc zazwyczaj w restauracji, której nazwy nie umiem poprawnie wymówić, zastanawiając się notorycznie ile zer będzie miał rachunek, który z podejrzanym uśmiechem dzierży kelner. Ehh... Nienawidzę walentynek.

 

Naciśnij [X] dla seksu

 

W branży też zresztą na próżno szukać gry w pełni romantycznej - no wiecie, takiej gdzie wszystko kręci się wokół tego kto, gdzie i kogo podrywa. Oczywiście mamy wątki miłosne wplecione gdzieś w fabułę, ale stricte Harlequinowskich klimatów raczej nie uświadczymy, chyba że w jakiejś azjatyckiej produkcji, których fanem niestety nie jestem. Nie wiem z czego to wynika. Nie twierdzę też, że pragnąłbym zagrać w grę, w której odbijam koledze dziewczynę by zaraz potem dowiedzieć się, że jest w ciąży z listonoszem (dziewczyna a nie kolega). Ale fakt jest taki, że mamy przecież książki, filmy i seriale o zakochanych a nie mamy takich gier. Być może producenci ciągle nie widzą w kobietach pełnoprawnych graczy i w odróżnieniu od pisarzy i filmowców, nie serwują im ociekających wylewna miłością gier. I niech dziewczyny nie zasłaniają się tutaj seksizmem, bo jak wychodzi kolejny film z Channingiem Tatumem to w kolejkach do kas próżno szukać męskiej parówy.

Zresztą ogrywając romantyczne fragmenty w Beyond: Two Souls często czerwieniłem się jak burak, gdy musiałem nacisnąć [X] by kogoś pocałować albo [O] by dać dupy. No dobra z ostatnim przykładem być może trochę przegiąłem, ale na serio czułem się mocno nieswojo, gdy musiałem dla Jodie zdobyć partnera. Podobnie było zresztą w innym hicie Davida Cage’a, Heavy Rain, podczas romantycznych igraszek Ethana z Madison. Cieszę się bardzo, że podczas tej sceny grając na Move’ie, nie musiałem wykonywać ruchów posuwistych. Podejrzewam, że sąsiedzi podglądający mnie przez okno wyrobiliby sobie o mnie dziwne zdanie widząc jak poleruję świecące dildo w rytm jęków i stękania. Może jednak brak gier, w których będziemy machać padem naśladując bujanie bioder nie jest takie do końca pozbawione sensu?

 

<3

 

Jestem prostym człowiekiem. Do dobrej zabawy nie potrzebuję lśniącej grafiki ani cycatych babek by darzyć je sympatią. Graliście w Machinarium? To jeden z nielicznych i świetnie zrealizowanych przedstawicieli gier typu ‘point and click’ na konsole. Oprócz pokładów świetnej zabawy okraszonej bardzo stylową oprawą, gra oferuje też bardzo ciekawą, ekranową parę zakochanych - dwa roboty.

Gra nie ma absolutnie żadnych dialogów a wszystkie słowa i myśli przewodnie przekazywane są nam w postaci krótkich komiksowych scenek, ale uwierzcie mi - w tej grze czuć, że pomiędzy dwoma robocikami, tak trafnie ujmę, iskrzy. To właśnie miłość jest motorem napędowym całej gry. Miłość, która łamie schemat tradycyjnego uczucia pomiędzy kobietą a mężczyzną - wszak mamy do czynienia z zakochanymi maszynami. Proste, piękne i urzekające. Zresztą podobnych motywów, czyli ‘panienka w opałach, w której potajemnie podkochuje się pędzący na ratunek bohater’, możemy liczyć w tysiącach. Kojarzycie Mario i Peaches albo chociażby Linka i Zeldę z podlanych hektolitrami platonicznej miłości, hitów lat dziewięćdziesiątych? Tak przypuszczałem.

A wracając do iskrzenia, to podobny efekt zauważyłem, gdy na ekranie konsoli po raz pierwszy ujrzałem Nathana z serii Uncharted oraz wygadaną dziennikarkę Elenę. Aż głupio się przyznać, ale podczas finałowej sceny trzeciej części aż mi się oczy spociły. No wiecie. Cała ta gadka o pierścionkach i takie tam. Wychodzi chyba ze mnie ukryty romantyk.

 

Jak kupisz mi dżinsy to…

 

Niestety obecnie żyjemy w czasach związków zawieranych przez kliknięcie na Facebook’u i zasłyszanych w centrach handlowych dwuznacznych propozycji, oferujących pewne korzyści w zamian za elementy garderoby. Wszystko pędzi przed siebie i w naszym skondensowanym, galopującym życiu nie zawsze jest miejsce na trwałe związki. Pamiętacie dziewczyny CJ’a z GTA San Andreas? Miłość została potraktowana w tej grze jako dodatek do zdobycia uznania na mieście lub jako pretekst do pokazania pikselowych piersi. CJ to gangster i jak na gangstera przystało, traktuje on związki jako odskocznie od notorycznego odstrzeliwania łbów. Dodatkowo jako osoba chcąca mieć wszystko, nie ogranicza się do posiadania tylko jednej laski a ma ich wręcz cały harem. Podobnie sytuacja ma się zresztą w drugim Wiedźminie. Zarysowany w fabule związek pomiędzy Geraltem a Triss jest stały tylko z nazwy i nie przeszkadza on wcale głównemu protagoniście w posiadaniu innych ‘dziołch’. Jak to trafnie ujął mój kolega: „(…) już od drugiego aktu przekonujemy się, że Wiedźmin nie zagubił swych korzeni, bowiem sam radośnie zapuszcza swój korzeń gdzie popadnie”. Celnie spostrzeżenie Sławku, bardzo celne.

W L.A. Noire nasz bohater także korzysta z tego przywileju, choć nie spotyka się on z aprobatą ani jego małżonki ani reszty społeczeństwa. Rozsiewanie swoich ziaren gdzie popadnie ma swoje konsekwencje i ‘el ej nułar’ bardzo dobitnie nam to pokazuje tak samo zresztą jak saga Mass Effect. Tu wraz z przeniesieniem zapisanych stanów gry z poprzednich odsłon przenosimy także konsekwencje swoich wyborów a także romanse i być może jakieś choroby weneryczne. Jeżeli więc ulegniemy, niczym 45 letni Japończyk, urokom udekorowanej mackami niewiasty, to nasza ‘stała’ dziewczyna może się na nas, delikatnie mówiąc, obrazić. Należy wspomnieć, że programiści z Bioware nikogo nie oceniają i dają także możliwość zasmakowania w miłości homoseksualnej, zapewne ku uciesze tęczowej młodzieży i partii Palikota.

 

A więc…

 

Moim zdaniem w grach o wiele lepiej spisuje się motyw miłości ojcowskiej niżeli pomiędzy kobieta i mężczyzna, o czym możemy się przekonać chociażby pykając w The Last Of Us czy też w prologu Uncharted 3. A czy chciałbym zagrać w grę romantyczną? I tak i nie. Z jednej strony doceniam różnorodność i uważam, że każdy powinien mieć taką możliwość. Z drugiej jednak, po traumatycznych doświadczeniach z Beyond: Two Souls gdzie całowałem się z Indianinem, nie widzę żadnej zabawy w takiej produkcji.

 

Macie jakieś przemyślenia na temat motywu miłości w grach? Spędzacie walentynki z ukochaną czy z własną grabą?

O autorze
sandmann21sandmann21
67 7

Fan komiksów, kinematografii i gier, w które gra odkąd pamięta. Pykał praktycznie na każdej platformie od SNES, poprzez PSOne, na PC kończąc. Obecnie zamienił myszkę i klawiaturę na pada od PS3 i z dumą nazywa się konsolowcem.

4 Komentarze

awatar
dareczq (gość) 3 lata temu

brakło też chociażby cyklu Final Fantasy z kultową VII włącznie

0 Odpowiedz
Orzeł 3 lata temu

Motywy miłości w Final Fantasy VII nie były tak łatwe do określenia. Przecież nawet dzisiaj, po wydaniu kilkunastu gier i pełnometrażowego filmu z uniwersum FFVII, nie możemy mieć do końca pewności, jakie relacje miały miejsce pomiędzy głównymi postaciami.

0 Odpowiedz
awatar
jastka4 (gość) 3 lata temu

Brakuje tu kilku znaczących motywów miłości, na przykład bohaterów To the Moon, Enslaved, Prince of Persia: SoT, Shadow of the Colossus, Red Dead Redemption albo serii FF. Bardzo pobieżnie potraktowany temat.

0 Odpowiedz
sandmann21 3 lata temu

Rożnorodność i masa gier jakie są na rynnku uniemożliwiaja mi zagranie w każda z nich i ustosunkowanie sie do kazdego, nawet najmniejszego, motywu miłości w nich zawartego. W trzy pierwsze gry nie miałem okazji zagrać a RDR wyleciał mi totalnie z głowy. Z kolei Shadow Of The Colosssus to świetny przykład ale na moment pisania tekstu nie grałem jeszcze w niego a lubie moje felietony opierać na przeżyciach niż na informacjach znalezionych w internecie. Doceniam słowa krytyki i obiecuje, że pisząc kolejny tekst o miłości, postaram sie o bardziej rozległe potraktowanie tematu.

1 Odpowiedz