The Vanishing of Ethan Carter - Recenzje

60
chinemantis

Na wstępnie usprawiedliwię się. Strasznie trudno jest mi napisać recenzję gry, która w ciągu kilku godzin wywołała we mnie nagłe zmiany nastrojów, nawiedzony diabelski młyn emocji i kilka odruchów Pawłowa, które na dodatek doprawiły się szaleńczą przenikliwością. Właśnie dlatego swój wywód podzieliłam na kilka najbardziej wybijających się etapów emocjonalnych, które, rzecz jasna, przez cały czas trwania rozgrywki wykłócały się o pierwszeństwo.

Zdaję sobie sprawę z tego, jak trudno będzie Wam, kochani czytelnicy, rozszyfrować mój tok myślenia, jednak przez cały czas gra mocno siedzi mi w głowie i strasznie trudno jest mi pisać o niej w taki sposób, by zarazem wyrazić wszystkie moje uczucia i zminimalizować ewentualne spoilery, na które (z uwagi na to, jaką we mnie ciekawość gra wzbudziła) nie mogę sobie pozwolić.

 

 

CIEKAWOŚĆ

Lekkie przerażenie i ciekawość obudziły się we mnie już w pierwszych sekundach gry, kiedy to w zupełnej ciszy na ekranie pojawiła się informacja, że twórcy nie przewidzieli prowadzenia mnie za rękę. Cóż… muszę przyznać, że dla mnie, jako osoby będącej miłośniczką wszelakich podpowiedzi, prozaiczne zdanie podane w formie chwilowej ciszy, wytrąciło mnie z równowagi niemalże w taki sam sposób jak wiadomość o nagłej śmierci. Pewnie zupełnie nie zwróciłabym uwagi na to, że jakimś dziwnym trafem sama muszę biegać po całym lesie w poszukiwaniu najdziwniejszych elementów, gdyby nie ta krótka informacja, po której nagle, swoim ciepłym, kojącym głosem odezwał się Paul Prospero. Powoli wczuwałam się w postać tajemniczego narratora, jak gąbka chłonąc jego słowa, nie wiedząc jeszcze, że już po kilku chwilach to nie jego psychika pożre moją duszę, tylko moja emocjonalność stworzy jego charakter… Nie da się ukryć – brak zbędnych interakcji czy wyrzucanych niczym z karabinu maszynowego informacji o głównym bohaterze sprowokowało we mnie usilną potrzebę rozwiązania przedziwnej zagadki.

To nie Paul Prospero przemierzał Red Creek Valley, nie Paul Prospero kontaktował się z nastoletnim Ethanem, nie on usilnie narzucał mi bieg wydarzeń. I właśnie, dzięki temu swoje przedziwne poszukiwania mogłam rozpocząć od… turystycznego zwiedzenia większości lokacji połączonego z ewentualnym zbieraniem najmniejszych poszlak. Cóż, nieliniowość gry, pozwoliła wczuć się w nią niczym w uwielbiane niegdyś przeze mnie „gry paragrafowe”. Dlaczego? Bo kolejnych dowodów musiałam szukać nawet w środku lasu. Rozwiązanie każdego z wątków niosło za sobą nie tylko ważne dla fabuły poznanie motywów kolejnych bohaterów, lecz również niejednokrotnie było niezwykle… dziwaczne. Co więcej, rozwiązanie każdej najmniejszej zagadki wiązało się z szaleńczą potrzebą rozwiązania kolejnej. I choć niejednokrotnie włosy masowo z głowy rwałam, bo do ułożenia kolejnych biegów wydarzeń brakowało mi jednego elementu, którego naprawdę nie mogłam znaleźć, twardo poszukiwałam zaginionych przedmiotów – nawet jeśli wiązało się to z wykonywaniem najmniejszych kroków po ogromnej lokalizacji czy godzinnym zastanawianiu się, w jaki sposób przenieść się na drugą stronę wyspy.

 

 

Muszę powiedzieć jeszcze jedną, ważną rzecz, która jest dla mnie wyznacznikiem Dzieła. Każdy z nas ma jakąś magiczną zdolność. Będąc na przykład detektywem Prospero, klikając na lewy przycisk myszy mogłam otwierać portale przenoszące mnie do świata moich myśli pomagającego odtworzyć mi wydarzenia z Red Creek Valley. A za każdym razem, kiedy wśród wszystkich gąszczy czy porozrzucanych gratów znajdował cokolwiek, co mogło stać się dla niego jakimkolwiek dowodem w sprawie poszukiwanego chłopca, dookoła przedmiotu pojawiały się krótkie, urwane spostrzeżenia detektywa, dzięki którym wszechświat w delikatny sposób sugerował mi ewentualne poszlaki do rozwiązania zagadki.

W życiu realnym posiadam szósty zmysł pomagający mi w sposób dosadny stwierdzić, jak wielkim crapem jest dana pozycja. Zdolność ta polega na przewidywaniu kolejnych wydarzeń – im więcej szczegółów zakończenia rozszyfruję w ciągu pierwszych pięciu minut trwania filmu, po pierwszym większym queście w grze czy po dwóch rozdziałach w książce, tym większym gównem jest pozycja. W przypadku Zaginięcia Ethana Cartera, pomimo pewnych podejrzeń, które mniej niż połowicznie się zgadzały, ani razu nie potrafiłam przewidzieć dalszego biegu wydarzeń. Co więcej, niektóre z rozwiązanych zagadek okazały się być zupełnie oderwanymi od fabuły, w taki sposób, by wiążące wszystko zakończenie było jeszcze bardziej zaskakującym...

 

 

STRACH

Nie potrafię nazwać dziwacznego stanu, w jakim znajdowałam się podczas gry. Z jednej strony większość lokalizacji była przedstawiona w sposób zupełnie prozaiczny, a moim jedynym zadaniem było wędrowanie po lasach czy wiosce w poszukiwaniu kolejnych dowodów. Z drugiej, umiejętna gra światłem, ukrywanie niespodzianek w najbardziej nieoczywistych miejscach oraz tworzenie klimatu genialną ścieżką dźwiękową, która sama w sobie, puszczona zarówno w środku dnia i nocy nadal prowokuje mózg do pogrążania organizmu w mrocznej synestezji, nawet skąpaną słońcem polanę potrafiły zamienić w potencjalne miejsce masowego mordu. Co więcej, budowanie napięcia nastrojem idealnie komponowało się z niekończącym się poczuciem, że wciąż do końca nie rozumiem wydarzeń, które zaszły na wyspie (i… uwierzcie mi, pomimo zakończenia gry, nadal czuję przeszywający detektywistyczny niedosyt). Co więcej, w wielu momentach, lęk podyktowany strachem o Ethana przeplatał się ze niepewnością własnego położenia. Doprawdy – w grze nie tylko nie brakowało momentów, które mogłam okrasić uroczym „o k…, co to do cholery jest?”, ale także przeraźliwym piskiem… Mroczne upoetycznienie zwyczajnych miejsc sprawiło, że przez cały czas, pomimo zakończenia gry, towarzyszy mi wrażenie dziwnego oderwania od rzeczywistości, a sama myśl o spacerze polną ścieżką przywodzi mi na myśl momenty dziwnego poczucia zagrożenia.

 

 

Co wieczór przypomina mi się spacer korytarzami ukrytymi głęboko pod ziemią w przedziwnej kopalni, oświetlonymi słabym światłem wypalanych gromnic, podczas którego twórcy gry nie raczyli uzbroić mnie nawet… w złamaną gałązkę z drzewa, czy opuszczone, ciemne domy, w których niemalże zza progu można było poczuć zapach krzepnącej krwi, które za każdym razem przywodziły na myśl mroczne opowiadania Poego czy Lovecrafta.

 

 

ROZPACZ

Tak jak estetyka gry budziła we mnie strach, tak czysty wątek fabularny… Uczucie strasznej nostalgii. Z odkryciem kolejnego ciała czy lokacji wiązało się odkrycie kolejnej tajemnicy rodziny Carterów. Strzępki notatek, opowiadań czy wycinków z gazet wraz z układanymi chronologicznie zdarzeniami pozwalały na wyrysowanie szczegółowych portretów psychologicznych poszczególnych członków klanu, przy czym najbardziej fascynującą i przerażającą, a zarazem zmuszającą do refleksji była kształtująca się przemiana bohaterów. W grze tak naprawdę nie mamy walczyć z pięknie przedstawionym uosobieniem czy uprzedmiotowieniem zła. Zaginięcie Ethana Cartera przedstawia prostych, dobrych ludzi, dla których z czasem nawet najmocniejsze więzi przestają się liczyć. Cóż, przyznam, że nawet moją moralność skały, dzieło The Astronauts w punkcie kulminacyjnym postawiło pod ścianą sumienia, które nagle zaczęło… wariować, a na którego szalkach nagle znalazły się wszystkie wartości, usilnie wpajane mi przez społeczeństwo od najmłodszych lat. Co więcej, podobnie jak przy lekturze dramatów szekspirowskich, stopniowo przestawałam wierzyć w jakiekolwiek dobre intencje, któregokolwiek z opanowanych swoistą, umysłową Apokalipsą Carterów. I tak, za każdym razem po przekroczeniu pewnej granicy fabularnej każde kolejne zderzenie się z losami Ethana i jego rodziny kończyło się tak dziwaczną mieszanką emocji, po której musiałam zrobić dłuższą przerwę, na wzięcie kilku głębszych oddechów i spokojne wypicie herbaty, przy czym zakończenie gry, które miało rozwiać wszystkie moje wątpliwości zdołowało mnie do tego stopnia, że nadal nie mogę pohamować łez podczas słuchania końcowego utworu.

 

 

Zaginięcie Ethana Cartera można (i chyba też trzeba) interpretować na wiele sposobów. Z uwagi na to, że przy pierwszym podejściu do tej gry skupiałam się przede wszystkim na osobie i emocjonalności Ethana, mam nadzieję, że przy kolejnym podejściu do gry uda mi się pochłonąć historię innych postaci.

 

PIĘKNO

…Nie za bardzo potrafiłam znaleźć określenie na wszystkie z możliwych do osiągnięcia orgazmów estetycznych. Pomimo ustawień dostosowanych do mojego komputera-staruszka, gra wyglądała pięknie. Wiem, jak bardzo denerwujące są moje najskrytsze wyznania, ale spróbujcie wyobrazić sobie, kochani Czytelnicy, jaką radość sprawiło mi zwiedzanie zimnego, ciemnego Kościółka Wang, okolic Małego Stawu czy podążania szlakami wzorowanymi na tych wytoczonych w Karkonoszach, czyli zwiedzania okolic, które miałam okazję oglądać jakieś dwa tygodnie temu, a które skutecznie obrzydziły mi się nadmiarem komercji i wycieczek niemieckich Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Zaginięcie Ethana Cartera serwuje nam takie przedstawienie pereł Dolnego Śląska, jakiego oczekuje każda, pragnąca ciszy i spokoju duszyczka. Co więcej, podczas trwania całej rozgrywki twórcy w sposób szczególny połączyli ze sobą przepiękną grafikę, genialną grę świateł (polecam wszystkim, którzy mają warunki grania przy najwyższej jakości grafiki – naprawdę niewiele brakowało, by nawet mój dziadek przy nich pociągnął), cudowną oprawę muzyczną oraz kojące dźwięki natury, które usłyszeć dziś można jedynie w najbardziej oddalonych od cywilizacji miejscach.

 

 

Tak jak grę pokochałam za niezwykłą zabawę moimi emocjami, tak z pewnością zabawa ta nie udałaby się gdyby nie genialna gra estetyką. Bo nie tylko każda z lokacji miała swój swoisty klimat, ale pomimo wszystkich różnic cała przestrzeń gry stanowiła jedną, harmoniczną jedność.

 

 

DUMA

Co prawda poczucie dumy od zawsze było dla mnie dziwacznym krokiem w stronę wszystkich skrajnych objawów nietolerancji, ale skoro już i tak była mowa o Lovecrafcie, przyznam się do dwóch dziwacznych rzeczy. Nie dość, że gra przebudziła do życia mój i tak wypaczony patriotyzm, to jeszcze, przez swoją dojrzałość, zaangażowanie w najmniejsze detale i specyfikę przedstawienia problematyki znalazła się tak wysoko w moim rankingu dzieł przeżuwających mi mózg, że aż w moim serduszku pojawiło się ogromne, cieplutkie miejsce dla Dumy Gracza.

 

 

KATHARSIS

Choć powoli zaczyna brakować mi łez, jako odbiorczyni, która podczas oddawania się prozaicznej uciesze zagrania w śliczną przygodówkę, przeżyła oczyszczenie godne uczestnictwa w tragedii greckiej połączonej z pielgrzymką ku ołtarzom ofiarnym, pragnęłabym zakończyć kilkoma słowami do twórców. Drodzy Panowie z Astronauts z Chmielarzem na czele – serdecznie dziękuję Wam za wyrobienie we mnie odruchu Pawłowa polegającego na tym, że za każdym razem, gdy obok mojego domostwa przejeżdża Pan Złomiarz z wózkiem dzwoniącym niczym lampy Waszych przedziwnych umarlaków przerażona chowam się pod kołdrę. Dziękuję również za wywołanie fobii związanej z Dolnym Śląskiem, dzięki której w najbliższym czasie nie będę miała ochoty na wycieczki karkonoskimi szlakami. A przede wszystkim dziękuję za dwa przepłakane dni. I za to, że stworzyliście coś tak genialnego. 

 

 

 

The Vanishing of Ethan Carter

Ocena
9.5
Wasza ocena
8.5
Oceń grę
  • Plusy
  • Karkonosze w stylu noir
  • Dojrzała fabuła
  • Murowane katharsis
  • Muzyka + grafika = estetyczny orgazm
  • Niszczy psychikę
  • Brak zbędnego mamusiowania
  • Na długo zostaje w pamięci
  • Opowieść grozy dla dorosłych
  • Minusy
  • Może spowodować bankructwo na chusteczkach
O autorze
chinemantischinemantis
60 14

Graczka traktująca swoje pecetowe seanse jako zmyślny substytut koktajlu z czarnego prochu, psylocybiny i tęczowego lukru. Boi się tulipanów, nie cierpi pająków i żyje w swoim własnym science-fiction.

6 Komentarzy

Skywalker 6 lat temu

Przyznaję, że już dawno żadna recenzja nie zachęciła mnie do zagrania w omawiany tytuł. Pani redaktor Chinemantis się to udało. Ocena recenzji 10/10.

1 Odpowiedz
lofthy 6 lat temu

No to ja mam tak samo jak ty Skywalker. Gra już do mnie jedzie. Mam nadzieję że odnajdę ethana cartera tak jak pani redaktor.

0 Odpowiedz
sandmann21 6 lat temu

Jak dla mnie gra na 8. Niestety nie poruszyła mnie ta produkcja tak jak chociażby The Walking Dead sezon 1 lub Podróż :-)

0 Odpowiedz
chinemantis 6 lat temu

Sandmann - Podróż to jedna z gier, przez które żałuję, że nie mam konsoli :(

0 Odpowiedz
REDmartinesart 6 lat temu

Fajna recenzja ja natomiast oceniam tą grę jako knota:P Od zbabranej imersji powodowanej poruszaniem się duchem z kamerą, po mechanikę która nawet nie daje cienia szansy na bycie detektywem. Słaba mechanika oparta na "latających wyrazach" i mało wymagających zagadkach. Tylko dla osób o przenikliwej psychice ale z domieszką tendencji na zjawiska paranienormalne i zastanawiające się na czymś, co i tak już naukowcy obalili i udowodnili. Słaby knot typu pomięta siatka z wyciętymi wzorkami udająca popart w galerii sztuki.

0 Odpowiedz
chinemantis 6 lat temu

Nie będę polemizować z oceną, ale muszę nie zgodzić się ze zdaniem "Tylko dla osób o przenikliwej psychice ale z domieszką tendencji na zjawiska paranienormalne i zastanawiające się na czymś, co i tak już naukowcy obalili i udowodnili." - koniec gry pokazuje, że Ethan Carter nie jest grą dla fanów nautilusa i seansów spirytystycznych.

0 Odpowiedz