Richard & Alice - Recenzje

20
chinemantis

Dzieci kochają zabawy w śniegu. Uwielbiają jeździć na sankach, obrzucać się śnieżkami, lepić bałwana… Razem z rodzicami, wysmarowane tłustym kremem, ubrane w ciepłe kubraczki, ogromniaste, uszate czapy i wełniane, przyjemnie kłujące w maleńkie dłonie rękawiczki spacerują po pokrytych białym puchem parkach, łapiąc językiem najmniejsze płatki śniegu. Nawet wtedy, kiedy rodzice są już zmęczeni długą wędrówką z pociechą, zachęcają ich swoimi maleńkimi uśmieszkami do wspólnej zabawy.

Dorośli z trwogą obserwują zmiany na Ziemi. Co wieczór, siadają z kubkiem herbaty, czasem odpalają papierosa, otwierają poranną gazetę, przepełnioną wiadomościami, czyniącymi z klęsk żywiołowych i wojen tanią sensację. Z przerażeniem oglądają prognozę pogody. Męczy ich niekończąca się zima, trwająca dużo dłużej, niż powinna. Przeraża ich wizja wzrostu cen spowodowana małą ilością surowców spożywczych, mają serdecznie dość wydatków związanych z ogrzewaniem. Boją się, że jeśli zima w końcu nie minie, przemarznięte pociechy znów zaczną chorować…

Dzieci bardzo szybko się nudzą. Nie chcą bawić się klockami, wyrastają z zabaw na śniegu, zamiast przysłuchiwać się opowieściom rodziców, jako dorośli, już pięcioletni, poważni ludzie, same wolą tworzyć własne historie.

Dorośli martwią się, że nie mogą podarować dziecku wszystkiego, o czym marzy. Jednak niezwykle cieszą się, że ich pociechy są takie kreatywne…

Dzieci mają dobrą intuicję. Szybko orientują się, że jest coś nie tak. Mimo wszystko, starają się być silne… jak lew… lub ich tatuś…

Dorośli w końcu orientują się, że coś jest nie tak. Wtedy zaczynają kalkulować, o ile mniej warta jest każda inna egzystencja. Nie mają złych intencji… W końcu robią to dla dobra dziecka…

Witam w świecie Richarda i Alice! Rozgośćcie się… tylko uważajcie, żeby Wam d*py do krzeseł nie przymarzły…

Richard and Alice

Opowieść, którą w Richard and Alice snują twórcy Lewis Denby i Ashton Raze (swoją drogą, faceci zawodowo zajmujący się pisaniem o grach), to dojrzała, pełna emocji historia o dziwnym zbiegu okoliczności, w którym dwa przeciwległe bieguny relacji społecznych spotykają się i wspólnie planują ucieczkę z więzienia. Przyznam się, że siadałam do gry z ogromnym lękiem o fabułę. Stylistyka wzorowana na starych jRPGach wprost prosiła się o historię wyciągniętą z taniego harlequina przyprawioną nieco tajemniczością i nastrojowością rodem z hipsterskiego kina pod chmurką.

Na szczęście fabuła gry bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Co więcej, zaskoczyła do tego stopnia, że pożarłam ją niemalże jak wygłodzone dziecko babeczkę z wisienką. Richard and Alice nie szczędziła mi ataków płaczu średnio co pół godziny od momentu rozpoczęcia gry, krótkich chwil nadziei i co najważniejsze, uruchomienia we mnie odruchu empatii – a doprawdy, mojej pokręconej duszyczce bardzo rzadko zdarza się mistyczne katharsis.

Ale zacznijmy już… od tła. Pamiętacie może Melancholię von Triera i genialny sposób połączenia przez reżysera depresji głównej bohaterki wraz ze zmierzającą ku Ziemi planetą Melancholia? Apokalipsa toczyła się w nim jakby obok, jakby poza życiem Justine będąc jednocześnie nieodłączną jej częścią, piętnem, z którym od najmłodszych lat musiała sobie radzić, aż do faktycznego końca świata. W świecie Richard and Alice, post-apokaliptyczne mrozy, podobnie jak w Melancholii stanowią tylko nieodłączne tło do przeżyć bohaterów, będąc jednocześnie ich jedynym sprawcą. Nie skupiamy się, niczym rycerz w lśniącej zbroi zagubiony w świecie science fiction na mesjańskim wybawieniu ludzkości z piętna korporacji, globalnego ocieplenia czy terrorystów. Katastrofa dzieje się jakby obok nas. Jednocześnie, wcielając się w Alice, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że gdyby nie katastrofalne oblodzenie świata, nasza protagonistka mogłaby wieść spokojne życie u boku męża i syna.

Być jak brukselka

Richard and Alice to nie tylko zwykła dywagacja o tym, jak przeżyć w czasie apokalipsy, a przede wszystkim opowieść o rzeczach, do których potrafi posunąć się kochając ojciec, by pomóc chorej córce. O matce, która próbuje zrobić wszystko, by pomóc cierpiącemu synowi, lawirując przy tym między prozaicznymi problemami ezystencji i depresją. Jest to też historia o różnicach klasowych prowadzących (nie tylko w trakcie apokalipsy) do tragedii osób na samym dole drabiny społecznej…

Ważnym wątkiem, którego dotyka gra jest dualizm moralny, który wbrew pozorom nie jest w niej przedstawiony w sposób karykaturalny. Centralnym punktem planszy jest kościół zamieniony w stację meteorologiczną. Budynek w symboliczny sposób łączy w sobie problemy walki o przetrwanie z walką z własnym sumieniem, moralnością...

Rycz i klikaj

Zaspokajanie wewnętrznej potrzeby duchowego oczyszczenia rodem z teatru greckiego, przeżywamy w otoczeniu tradycyjnej, staroszkolnej przygodówki point-and click. Rozgrywka opiera się na całej masie dialogów między bohaterami w więzieniu, w którym za pomocą zebranych przez nas przedmiotów pomagamy Richardowi wydostać przemarzniętych i wygłodniałych protagonistów oraz na historiach z życia opowiadanych przez Alice (gdzie odrobinkę bardziej musimy wysilić nasze mózgi, poruszając się po planszy w poszukiwaniu przedmiotów niezbędnych do przeżycia). Co więcej, gra oferuje nam prosty mechanizm tworzenia nowych przedmiotów poprzez łączenie kilku z nich ze sobą. Niestety, ilość takich posunięć jest aż w przerażający sposób zredukowana do zamysłu twórców. Dzięki temu Richard and Alice spowodowała, że jako graczka czułam niesamowite ograniczenie mojej wolnej woli, którego, niestety, nie udało odratować się poprzez jako taką możliwość prowadzenia konwersacji „po swojemu”. Cóż, doskonale rozumiem, że ogrywany przeze mnie „indyk” do RPGów nie należał, jednak mimo wszystko, brak możliwości udawania Boga Wszechmogącego, chociażby w drobnej części angażującego się w życie mieszkańców swojego świata, sprawił, że czułam się troszkę pokrzywdzona.

Żeby nie było za pięknie, czyli jak bardzo można popsuć 16-bitowego point-and-clicka

Pomijając całą problematyką moralnościową, naprawdę ucieszyłam się z możliwości wcielenia się w matkę zamiast zdesperowanego, pełnego uzależnień i przywar ojca (zauważyłam, że w grach o rodzicielstwie, protagonistą zawsze jest taki mężczyzna). Niestety, żeby nie było zbyt pięknie, gra pozostawiła we mnie spory niedosyt, spowodowany nie tylko nagłym, niespodziewanym zakończeniem, ale również nieodpartym wrażeniem, że Richard and Alice zostało zrobione nieco „po łebkach”. Odczucia te nie biorą się znikąd – otóż, gra, której grafika jest naprawdę niewymagająca, powinna śmigać na jakimkolwiek sprzęcie jak po maśle. Niestety, okazało się, że pomimo 16-bitowej grafiki, i mechanizmu polegającego na przesuwaniu się w kierunku wskazywanym przez kliknięcie myszą, gra działała fatalnie!

Tak jak wprost ubóstwiam retro-pikselozę w większości gier indie, tak w przypadku Richard and Alice, takie zbytnie uproszczenie grafiki nie do końca mi pasowało. I nie chodzi mi tutaj o usilne unowocześnianie jej, jednak od gry, która bądź co bądź, za***iście wprowadza w stan refleksji, wymagałabym minimalnie większego zwrócenia uwagi na szczegóły (i stylizowanie jej chociażby na Final Fantasy VII). Co więcej, w grze brakowało mi też odrobiny zagadkowości i możliwości pogłówkowania, którą twórcy zastąpili możliwością beznamiętnego przeciągania zdobytych przedmiotów w ramach „A może się uda? O udało się”. Rozumiem, że dzięki temu gracz mógł bardziej skoncentrować się na fabule, jednak, miejscami odnosiłam wrażenie, że oglądam film interaktywny zamiast grać w wymagającą odrobiny zaangażowania produkcję.

Obiektywnie rzecz ujmując

Richard and Alice to gra, która z pewnością spodoba się wrażliwym, dojrzalszym odbiorcom. Fabuła produkcji jest niesamowicie wciągająca, zmuszająca do refleksji i… w skrajnych przypadkach potrafiąca zdołować na resztę dnia. Obawiam się jednak, że pomimo ciekawego scenariusza (którego, po dodaniu kilku krwawo-erotycznych scen, nie powstydziłby się David Lynch czy wspomniany Lars von Trier), większość graczy, oczekujących od gier większego zaangażowania szarych komórek i gamingowego instynktu, Richard and Alice będzie zwyczajnie nudzić.

Jednocześnie uważam, że gra z pewnością spodoba się nawet najbardziej sceptycznie nastawionym do gier osobom starszym oraz osobom, które na co dzień rzadko podchodzą do gier w ogóle.

A do dzieci grających już w Richard and Alice, albo i niegrających, ale swoją brawurą ośmieszających wszystkich dorosłych, skieruję krótką maksymę wyciągnietą wprost z Tuwima, która bezprzerwy nasuwała mi się na myśl podczas rozgrywki:

(...)Czemu bełkocąc, sepleniąc słowa,
Wielki szaleńcze, pleciesz androny?
Spójrz - zgroza niebios łka purpurowa,
Nad światem - pożar czerwony l
Nie skacz tak głupio na jednej nodze,

Zastanów się, nieprzytomny!
Nocą się z płaczem obudzisz w trwodze,
Światło wyrąbie przepaść w podłodze,
Kiedy za oknem upiornie stanie
Księżyc ogromny.

Nie ma nikogo. Puste mieszkanie.

Tylko nad tobą, na drugim piętrze,
Tak samo straszy pokoju wnętrze
I w okno patrzy wylękły pan,
Strach cieczą srebrną płynie ze śdan
I trzeszczy śmierć w stęchłej ścianie
Tak samo, tak samo, kochanie...

...A tak z innej beczki, kochane dzieci - szanujcie swoich rodziców - któż inny wpadłby na pomysł zrobienia wszystkiego tylko i wyłącznie dla Waszego dobra?

Richard & Alice

Ocena
7
Wasza ocena
brak
Oceń grę
  • Plusy
  • Dojrzała, zmuszająca do refleksji fabuła
  • Hipsterska sylistyka
  • Niewielkie wymagania sprzętowe
  • Minusy
  • Zbyt uproszczona grafika upupiająca fabułę
  • Małe wymagania odnośnie gracza
  • Kiepska optymalizacja gry
O autorze
chinemantischinemantis
60 14

Graczka traktująca swoje pecetowe seanse jako zmyślny substytut koktajlu z czarnego prochu, psylocybiny i tęczowego lukru. Boi się tulipanów, nie cierpi pająków i żyje w swoim własnym science-fiction.

2 Komentarze

Zombie Grinder 5 lat temu

Świetna recenzja, zachęca do sięgnięcia po grę. Mam tylko pytanie, czy pisząc o stylistyce i hipsterskim kinie pod chmurką miałaś na myśli bardzo podobne (jak wnioskuję z Twojej recenzji) "To the Moon"? Wg mnie świetna gra, w której gry tyle, co kot napłakał, ale fabuła mimo pozornej pretensjonalności bardzo mnie poruszyła.

1 Odpowiedz
chinemantis 5 lat temu

Szczerze mówiąc, Richard and Alice może i do pięt niekoniecznie, ale już do pasa The Moon nie sięga. Nie porównywałabym The Moon do romansidła, bo to chyba trochę inny poziom pretensjonalności, aczkolwiek wątki z samą stylistyką mogą wiązać się z The Moon (które mimo wszystko wydaje się jakieś takie bardziej estetyczne i ładniejsze).

0 Odpowiedz