Nidhogg - Recenzje

00
JohnSnake

Rynek gier indie rządzi się swoimi, specyficznymi prawami. Nie jest ważne jak długo tworzysz dany tytuł, jak brzydko on wygląda i jak dużo kosztuje – zwolennicy znajdą się zawsze. I to zwolennicy nie byle jacy, bo na ogół będą to osoby fanatycznie zapatrzone w grę. Takich fanatyków ma właśnie Nidhogg. Nie jestem jednak pewien, czy ich entuzjazm wobec tej produkcji jest całkowicie uzasadniony.

 

Retro-robal

 

Oczywiście, rozumiem że to właśnie oni są targetem gier od Messhof. Produkcje tej firmy stawiają na minimalizm w każdym calu, a ich głównym atutem jest 'surowa' grywalność. Taki właśnie jest też Nidhogg, będący zwieńczeniem kilku lat pracy. Tytuł ten w ogóle pomija takie szczegóły jak wątek fabularny czy rozbudowana mechanika rozgrywki. Naszym jedynym celem i sensem gry jest przejście na drugi koniec planszy tylko po to, żeby stać się przekąską wielkiego robala – tytułowego Nidhogga. Wiem, że jest to raczej słaba motywacja do przejścia gry... ale właśnie o to chodzi. Ponieważ na końcu drogi nasza postać i tak zginie, to powinniśmy ten nieunikniony moment odroczyć w czasie. Bawiąc się przy tym jak najlepiej, uprzykrzając życie naszemu przeciwnikowi.

 

 

Szable w dłoń!

 

Napisałem wcześniej, że Nidhogg nie grzeszy zbyt skomplikowanymi mechanizmami – i tak faktycznie jest. Nasza postać staje po jednej stronie planszy, a wróg po drugiej. Każdy gracz musi przejść te kilka ekranów i dojść do końca poziomu. Wygrywa osoba, która zrobi to jako pierwsza. Żeby jednak nie było zbyt banalnie, każda postać dostaje szpadę. Musicie wszakże wiedzieć, że Nidhogg jest przede wszystkim symulatorem fechtunku. Dobra... 'symulator' to może jednak za dużo powiedziane, ale z pewnością nie jest to tytuł łatwy i przystępny dla każdego. Można go raczej wrzucić do kategorii 'easy to learn, hard to master', ponieważ pomimo ograniczonego sterowania (tylko jeden przycisk odpowiedzialny za atak) walka posiada odpowiednią głębię i przyjdzie nam ponieść wiele porażek, zanim ostatecznie rozgryziemy jej wszystkie niuanse. Wyprowadzanie pchnięć, parowanie ciosów, wybijanie broni z ręki przeciwnika i walka wręcz za pomocą różnych kopniaków, skoków i obrotów – docenienie tych wszystkich aspektów wymaga sporo czasu, lecz będzie to czas dobrze spożytkowany. 'Rdzeń' rozgrywki Nidhogga jest po prostu niesamowicie miodny, wymaga od nas stałego kontrolowania sytuacji, gdyż jeden głupi błąd lub przeoczenie mogą nas kosztować utratę przewagi i błyskawiczną śmierć.

 

 

Niestety, Nidhogg nie pozostawia dostatecznie dużo miejsca na hurraoptymizm. Tryb dla pojedynczego gracza nudzi się niesamowicie szybko – boty nie należą wprawdzie do największych idiotów i potrafią sprawić problem, ale od samego początku widać, że jest to tytuł tworzony z myślą o multiplayerze. Rozgrywka na jednym komputerze działa prawidłowo, ale już aspekt sieciowy – który jest reklamowany jako jeden z 'ficzerów' gry – kuleje tak, że już bardziej się nie da. Szukania drugiego gracza trwa wieki, a sama walka napiętnowana jest zwykle gigantyczną ilością lagów. Twórcy twierdzą, że odpowiednia łatka już jest w drodze, ale podczas mojej przygody z Nidhoggiem brakowało nawet informacji o dacie jej ewentualnego wprowadzenia. Do tego czasu graczom pozostaje zabawa lokalna, zwłaszcza w trybie turniejowym, w którym kilka osób walczy na zmianę o miejsce na podium, według wcześniej ustalonych modyfikacji (limit czasowy, nagła śmierć, niska grawitacja etc.). Gdyby ten sam tryb dało się jakoś 'wcisnąć' do gry online, to byłbym w stanie przebaczyć nawet niesamowicie ubogą ilość plansz. Cztery niezbyt rozbudowane lokacje, to zdecydowanie za mało, żeby przykuć uwagę na dłużej.

 

Krwawiące piksele

 

Omawiając kwestie techniczne Nidhogga warto pamiętać o tym, że jest to indyk, który ma wywołać w użytkowniku pewne poczucie sentymentu. Grafikę w najlepszym wypadku można opisać jako godną prekursora pierwszej części Prince of Persia – ruchy naszych pikselowatych wojowników są w miarę naturalne, ale całość sprawia wrażenie tytułu z czasów starego Atari. Oprawa jest jednak zbyt 'skromna', żeby fani piksel-artów mieli się nad czym tutaj rozpływać. Ponadto, psychodeliczna kolorystyka poziomów ma jeden poważny problem – potrafi szybko zmęczyć oczy, zwłaszcza gdy jesteśmy zmuszeni w tym całym chaosie barw szukać naszych protagonistów, którzy mają tendencję do zlewania się z otoczeniem. Mimo tego, Nidhogg całkiem zgrabnie łączy oldschoolową stylistkę z poczuciem grania w tytuł jak najbardziej świeży.

 

 

Nidhogg jest produkcją diabelnie grywalną, ale tylko na krótki czas. Przesadą byłoby stwierdzenie, że jest to gra na pół godziny zabawy, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie wielogodzinnych sesji przy tym tytule. Niestety, nie zrobiła też zbyt wiele, by mnie przekonać, że jest inaczej. Gdyby twórcy naprawili tryb online i wprowadzili edytor poziomów, to mielibyśmy do czynienia z grą, która byłaby bardzo miłą odskocznią od większych produkcji. Warto jednak Nidhoggowi dać szansę, gdyż przy odpowiedniej drodze rozwoju może stać się bardzo dobrym tytułem. Póki co, sama – wprawdzie niesamowicie wysoka – grywalność, to za mało by utrzymać gracza na dłużej.

Nidhogg

Ocena
6
Wasza ocena
brak
Oceń grę
  • Plusy
  • wysoka grywalność
  • prosta, lecz sprawnie zrealizowana walka
  • satysfakcjonujący poziom trudności
  • potencjał trybu multiplayer...
  • Minusy
  • ...szkoda tylko, że tryb sieciowy praktycznie nie działa
  • postacie zlewające się z otoczeniem
  • brak motywacji do dłuższego obcowania z tym tytułem
O autorze
JohnSnakeJohnSnake
707 9
Pecetowiec wierny wujkowi Newellowi. Fan sieciówek, 'rogalików' i sandboxów. Serialowy maniak. Wieczny poszukiwacz dobrego kina science-fiction oraz fantasy. Oprócz tego lubi dobre żarcie i jeszcze lepsze piwo. Innymi słowy – typowy nerd.

0 Komentarzy