Mortal Kombat X - Recenzje

01
mpiwo

Ciężko jest mi uwierzyć, że minęły już 4 lata od premiery ostatniego, fantastycznego Mortal Kombat. Pulpowa kampania, X-raye z miażdżeniem czaszek i łamaniem rąk, dziesiątki trybów i pomysłów - to wszystko sprawiło, że restartująca serię odsłona na długo wryła mi się w pamięć. Być może nie jako najciekawsza bijatyka ostatnich lat, jeśli chodzi o mechanikę, ale z pewnością jako najfajniejsza, najdłużej przyciągająca do pada i ekranu.

Fabuła Mortal Kombat X przeskakuje na 25 lat do przodu po wydarzeniach z poprzedniej części. Tym razem nie uświadczymy tytułowego turnieju o władzę nad ziemskim wymiarem. Wprowadzenie w Mortal Kombat motywu inwazji na Ziemię dało scenarzystom całkiem niezły pretekst, aby w końcu rozwinąć fabułę poza mistrzostwa w wyrywanie kręgosłupów. Poznajemy nowych bohaterów, zarówno po stronie „tych złych”, jak i obrońców naszej planety. Znane i uwielbiane postaci się postrzały, choć przyjmuje to formę siwizny tu i ówdzie. Dla niektórych widok starszego Liu Kanga może być dość szokujący, ale nie przekłada się to w zasadzie na mechanikę gry. Ot, zmiana skórek, odświeżająca, ale ostatecznie tylko kosmetyczna.

 

 

Pamiętać należy, że historia Mortal Kombat X to wciąż pulpa. Śmieszna, wciągająca, napakowana akcją pulpa. Wprowadzenie nowej grupy wojowników, dzieci postarzałych bohaterów, umożliwiło scenarzystom zaprezentowanie odrobinkę międzypokoleniowej dramy. Momentami bałem się, że za chwilę Mortal Kombat X skręci w stronę licealnych przepychanek i nieumotywowanych zachowań, ale na całe szczęście są to tylko pojawiające się od czasu do czasu elementy. Fabuła skacze czasami w przeszłość, jak gdyby chcąc uzasadnić obecny stan rzeczywistości, ale nie oszukujmy się, ile pogłębienia postaci potrzebuje Mortal Kombat.

Tryb fabularny jest jednak fantastycznym wprowadzeniem do poszczególnych postaci, a do tego prezentuje sceny akcji, których nie powstydziłby się żaden bezsensowny film akcji. Chodzi tu przecież o kopanie tyłków i wyrywanie głów, nie o zrozumienie, dlaczego Sonya Blade zdecydowała się na związek z Cage’em.

 

 

Mortal Kombat X to jednak nie tylko fabuła. Już poprzednia część była wypchana po brzegi trybami i pomysłami. Tym razem nie jest inaczej. Wprowadzono elementy metagry rywalizacji frakcji, którą wybieramy na samym początku. Wszystko, co od tego momentu będziemy robić, będzie szło na konto naszej grupy. Raz na tydzień wyłaniany jest zwycięzca, co z kolei odblokowuje choćby frakcyjne Fatality. Miły, dodatkowy element, który działa sobie gdzieś w tle, ale wpływa motywująco na rozgrywkę. Twórcy dodali też żyjące wieże, ze zmieniającymi się raz na jakiś czas modyfikatorami walki i wyzwaniami, tak więc jest po co wracać.

Ale jak sprawdza się kopanie tyłków? Cóż, nie zmieniło się aż tak wiele. Formuła poprzedniego Mortala najwyraźniej nie potrzebowała grzebania. Twórcy zmodyfikowali kilka elementów, wydaje mi się, że odrobinkę spowolnili rozgrywkę, przybliżyli kamerę. Dodanie interaktywnych elementów areny nie jest tylko rozwiązaniem kosmetycznym, ale ułatwia choćby wydostanie się z rogów mapy, gdy ktoś próbuje nas przyszpilić. Z drugiej strony mało który moment sprawia taką radochę jak rzucenie w przeciwnika przechadzającą się w tle staruszką. To wciąż Mortal Kombat, tu nie ma żadnych limitów, jeśli chodzi o przemoc i krew.

 

 

Jest jednak pewien problem, o którym muszę wspomnieć, a nosi on miano DLC. Przyzwyczailiśmy się już, że wraz z każdym że prawie dużym tytułem pojawia się i cała masa płatnych dodatków, ale Mortal Kombat X posuwa się do kilku nieczystych zagrywek. Najbardziej widoczną z nich jest Goro, kultowa postać wśród fanów, dostępna jako wojownik dodatkowy. Jeśli już się go nie odblokowało, to za każdym razem, gdy najedzie się na niego na ekranie wyboru postaci pojawia się tekst o kupnie. Niezbyt to miłe, a wręcz irytujące. Tanya, która pojawia się podczas kampanii fabularnej, również nie jest częścią podstawowego zestawu. Pakiet prostych Fatality, które przecież powinny zależeć od umiejętności gracza, to niemiłe przegięcie i z pewnością gracze zapamiętają go jako żart podobny do płatnej zbroi dla konia z The Elder Scrolls: Oblivion. DLC to znak czasu, ale nie muszą one być tak wymuszone i tak wmuszane w gracza.

 

 

Być może jest to znak czasów i po prostu trzeba się z tym pogodzić. Ostatecznie Mortal Kombat X nie przeskakuje poprzeczki jakościowej ustawionej przez poprzedniczkę, ale z gracją dokonuje tej samej sztuczki 4 lata później. Skok w następną generację konsol jest tak widoczny, że momentami bije po twarzy. Szczególnie dotyczy to wyglądu samych aren. Na drugim, trzecim i czwartym planie dzieje się tak wiele, że zauważamy to dopiero po którejś z kolei bijatyce na danej mapie. Nowości w postaci rywalizacji frakcji, losowych modyfikatorów pojedynków czy żyjących wież idealnie wpisują się w formułę. Prześwietna, przekrwawa, świetnie wyglądająca bijatyka.

Mortal Kombat X

Ocena
8
Wasza ocena
9.7
Oceń grę
  • Plusy
  • Tryb fabularny
  • Nowe postaci
  • Świetna grafika
  • Dużo do roboty
  • Minusy
  • Sposób prezentacji DLC
O autorze
mpiwompiwo
3 0

0 Komentarzy