Final Fantasy XV - Recenzje

02
Smyku

Koniec roku to prawdziwy czas cudów. Wpierw swoją premierę miało Final Fantasy XV, a ledwie tydzień później The Last Guardian. Mowa tu o grach, które powstawały przez horrendalnie długi czas i wiele osób było przekonanych, że lada chwila pojawi się informacja o skasowaniu obu projektów. A jednak Square-Enix i Sony doprowadzili sprawy do końca. Co więcej, żadna z tych gier nie okazała się artystyczną klęską (choć finansową, jeśli mowa o TLG, niestety już tak). W tej recenzji spróbujemy bliżej przyjrzeć się pierwszemu z wymienionych tytułów. 

Był już Cloud, Tidus czy Vaan, teraz przyszła pora na księcia Noctisa, następcę tronu królestwa Lucis. Państwo to nieustannie musi bronić się przed zakusami Imperium Niflheim – militarnego potentata dążącego do ciągłego poszerzania swoich terenów. W chwili rozpoczęcia gry wojenna zawierucha wydaje się wreszcie zmierzać ku końcowi, a oba mocarstwa mają podpisać traktat pokojowy. Dość szybko okazuje się, że ceremonia podpisania układu to podstęp, a rzeczywistym celem Niflheimu jest przejęcie źródła potęgi Lucis – magicznego kryształu, napędzającego technologiczny postęp ojczyzny Noctisa.

Zdrada następuje akurat w chwili, gdy Notis, wraz ze swoimi ochroniarzami Gladiolusem, Ignisem i Prompto, zmierza do Altissii. Tam książę miał poślubić Lunafreyę – przyjaciółkę z dzieciństwa i jednocześnie potężną Wyrocznię, będącą pośrednikiem między ludźmi a bogami. Wieści o napaści na Lucis zmuszają jednak całą czwórkę do zmiany planów…

 

 

Niech żyje wolność…

Nowa gra od Square-Enix to chyba najbardziej „zachodni” FF w historii. Pamiętacie, jak mocno dostało się XIII za liniowość? W FFXV bardzo szybko dostajemy dostęp do niemal całej mapy i przez sporą część gry mamy bardzo dużą swobodę w kwestii zabawy. Jeśli gwiżdżemy na dodatki i chcemy skupić się wyłącznie na wątku głównym – jak najbardziej możemy tak zrobić. W zasadzie tylko w jednym z rozdziałów twórcy zmuszają nas do przejścia kilku pobocznych zadań, a tak – hulaj dusza!

Trzeba jednak przyznać, że jeśli ktoś chce pobawić się w nowego Finala dłużej, to naprawdę będzie miał co robić. Side questów jest tu mnóstwo, choć przeważnie ograniczają się do udania się w określone miejsce, zabicia znajdujących się tam potworów i wróceniu do zleceniodawcy z odnalezionym przedmiotem. Prócz tego możemy wziąć udział w polowaniu na stwory, eksplorowaniu lochów, wyścigach chocobosów, a gdy zapragniemy nieco odpocząć, wziąć do ręki wędkę i łowić ryby, czy wskoczyć do luksusowego samochodu – zwanego Regalią – i po prostu przemierzać tę barwną krainę.

 

 

 

… a może jednak nie?

Niestety FFXV cierpi na bolączki typowe dla gier o otwartym świecie, w tym na tą największą: poszatkowaną, miałką fabułę. Historia niestety nie dostarcza tylu emocji, co w przypadku najlepszych części FF. Gdzie podziały się te wszystkie zachwycające filmy i epickość, która w VII czy X aż się wylewała z ekranu? Tymczasem w Final Fantasy XV opowieść rozkręca się bardzo wolno i właściwie nigdy nie dochodzi poziomu, gdzie naprawdę mogłaby zainteresować gracza. Na domiar złego, by w pełni zrozumieć świat Piętnastki, wypadałoby wcześniej zapoznać się z filmem Kingsglaive czy serialem animowanym Brotherhood.

Nie wszystko jednak, co związane z fabułą, zasługuje na krytykę. Pamiętacie obawy związane bohaterami FF XV, przypominającymi japoński boysband? Spieszę więc was uspokoić: relacje między Noctisem a trójką jego przyjaciół, to bardzo silny punkt gry. Każda z postaci zrobiona jest z pomysłem, prezentując przy tym nieco inne podejście do życia: Gladiolus to typ twardziela, wiernego żołnierza wyznającego proste zasady; Ignis, inteligentny, spokojny, często służy księciu błyskotliwymi radami; Prompto to natomiast beztroski kobieciarz, zakochujący się w każdej napotkanej kobiecie. W trakcie wędrówki panowie żartują i rzucają pod swoim adresem ironiczne komentarze, a my czujemy, że między nimi istnieje prawdziwa, braterska sztama.

 

 

 

Dobra zmiana?

Drastycznym zmianom uległ system walki – dość prosty i nie dający zbyt wiele opcji rozwoju. Koniec z turami i ładowaniem paska ATB – teraz bitwy są prowadzony w czasie rzeczywistym, a my kontrolujemy wyłącznie Noctisa. Od czasu do czasu możemy rozkazać jednemu z naszych towarzyszy wykonać atak specjalny, ale to tyle, jeśli chodzi o wpływ na resztę drużyny. Przywołanie summonów także znacznie różni się od tego, co znamy z poprzednich części, a i rzucanie czarów wygląda zupełnie inaczej niż dawniej – teraz czary tworzymy sami, ciskając nimi później niczym… zwykłymi granatami. Wyobrażam sobie, jak konserwatywnie nastawieni fani Final Fantasy muszą zgrzytać zębami, widząc niektóre z wprowadzonych „nowinek”.

Zwłaszcza, iż większość walk nie stanowi zbytniego wyzwania, a jeśli sumiennie wykonujemy zadania poboczne, zdobywając doświadczenie i punkty AP, to bardzo szybko dochodzimy do poziomu, gdzie wrogowie mogą nam po prostu skoczyć. Warto w tym miejscu wspomnieć o jednej ze specjalnych umiejętności Noctisa, czyli błyskawicznym przemieszczaniu się na krótkie odległości. Tak właśnie wyglądają potyczki w FFXV: korzystamy ze zdolności pseudo-teleportacji, póki ta się nie wyczerpie, przy okazji unikając wrogich ciosów i sami od czasu do czasu korzystając z posiadanych mieczy.

 

 

 

 

Dawniej to były Fajnale!

Skoro już napisałem o doświadczeniu i Action Points – to właśnie one stanowią trzon systemu rozwoju postaci. To pierwsze służy do podbijania statystyk bohaterów, natomiast punkty AP możemy wykorzystać do pozyskiwania nowych umiejętności związanych czy to z walką, czy z eksplorowaniem otoczenia, w tym chociażby możliwość wykupienia zdolności, dzięki której AP przybywa nam za jazdę Regalią lub podróżowaniu na plecach Chocobosa. 

Tak sobie ponarzekałem na tego nowego Finala, ale wszystkie jego wady nie powinny przysłonić faktu, iż jest do naprawdę solidny RPG: wciągający, zapewniający wiele godzin dobrej zabawy, zachwycający graficznie, ze świetną ścieżką dźwiękową… i tyle. Brak mu jednak tej magii, charakteryzującej chociażby Final Fantasy X. Nie jestem po prostu przekonany, czy Square-Enix obrało właściwą drogę, jeśli chodzi o rozwój swojej sztandarowej serii. W końcu sięgając po jRPG-a, mam nieco inne oczekiwania, niż odpalając chociażby takiego Skyrima.

A może następnym razem uda się lepiej połączyć elementy obu tych światów?

Final Fantasy XV

Ocena
8
Wasza ocena
brak
Oceń grę
  • Plusy
  • Jest co robić
  • Mimo pewnej powtarzalności, wciąga jak diabli
  • Piękna oprawa graficzna
  • Ścieżka dźwiękowa
  • Boysband naprawdę daje radę
  • Minusy
  • Miałka, wolno rozwijająca się historia
  • Niektóre zmiane są co najmniej kontrowersyjne
  • Zbyt prosty system walki
O autorze
SmykuSmyku
215 0
Lubi gry i burze.

0 Komentarzy