Niedziela z Indykiem #2 - Terraria, czyli sukces prostych pomysłów - Publicystyka

03
chinemantis

Twórcy gier niezależnych wielokrotnie mają rzucane przez los kłody pod nogi. Z jednej strony nie wspiera ich potężny kapitał, jak w przypadku produkcji AAA. Przez to i mniej jest im wybaczane – tak jak w przypadku totalnego niedopracowania komercyjnych produkcji (które później masowo są naprawiane wszelakiej maści patchami) czy całkiem oklepanych pomysłów, które dzięki świetnej promocji i tak się sprzedadzą, tak w przypadku gier indie – takie działania nie tyle „nie uchodzą”, co od samego początku są skazane na klęskę. A i tematyka czy stylistyka jest mocno ograniczona – tak, jak wiele osób z pianą w gębie (włączając w to mnie) z wielką chęcią zakupi kolejną słodkohipsterską platformówkę czy mrocznego point-and-clicka, nadmiar jednych i takich samych gier może spowodować ból głowy oraz syndrom typowej kobiety (chyba każdy z nas zna to uczucie, gdy patrzy na swoją pokaźną bibliotekę na Steamie i nagle orientuje się, że nie ma w co grać).

Do tego wszystkiego dochodzą problemy natury organizacyjnej. Cóż, proza dnia potrafi dokuczyć, szczególnie wtedy, gdy co do garnka nie mamy włożyć. Niestety, napisanie nawet najbardziej prozaicznej gierki jest niezwykle praco- i pieniężnochłonne, a wraz z włożonymi w nią środkami nie zawsze idą zyski. I tak nagle okazuje się, że jest to zabawa dla naprawdę wytrwałych…

Zdarza się jednak tak, że gra, która z pozoru mogłaby być skazana na komercyjne niepowodzenie, okazuje się być hitem. I nie mówię tutaj o Minecraft’cie, którego sukces z pewnością zadziwił nawet samego Notcha, ale o czymś całkiem podobnym.

 

 

Terraria swoje triumfy święci już od czterech lat. W ciągu tygodnia od wydania, sprzedaż gry wzrosła do 200000 egzemplarzy na platformie Steam, pokonując tym samym takie tytuły jak Wiedźmin 2 czy Portal 2, pozostając na pierwszym miejscu na liście największej sprzedaży platformy Steam przez najbliższe 6 dni (po czym spadła na… 2 miejsce). Szacuje się, że w szczytowym momencie w sieci jednocześnie grało około 17 000 użytkowników.

 

…Za moich czasów… – czyli historia

Zabawa w górnika podbiła jednak serca graczy dużo wcześniej od popularnego Minecrafta, Terrarii, Don’t Starve czy innych, podobnych gier.

Mamy rok 1986. Naukowcy odkrywają kilka nowych księżyców Urana, w Liechtensteinie kobiety po raz pierwszy korzystają ze swojego świeżego prawa wyborczego, rodzi się Lady Gaga, a wśród świeżo upieczonych graczy panuje NES, na którego Intelligent Systems wypuszczają nową, dziwaczną grę – Metroid. Metroid jest całkiem przyjemną platformówką, którą od jej ówczesnych braci wyróżnia całkiem sporo – jest nieliniowa, umieszczona w labiryncie, a sam gracz nie dostawał jakichkolwiek wskazówek, dokąd powinien się udać. Co więcej, do niektórych lokalizacji nie można było dotrzeć bez rozwinięcia pewnych zdolności czy zdobycia ulepszeń broni, a w eksploracji głównej bohaterce (gracze płeć bohatera poznawali dopiero na końcu gry), przeszkadzał Metroid – pozaziemska, bardzo groźna forma życia.

Nie da się ukryć, że pomimo dziwacznych trudności jakie gra stawiała przed graczami, gra nie tylko podbiła serca wielu graczy lecz również stała się inspiracją do powstania współczesnych produkcji.

 

 

Chop, chop i po krzyku

Pomimo świetnych wyzwań logicznych połączonych z umiejętnościami zręcznościowymi, którymi gracz musiał wykazywać się podczas eksploracji sandboxów survivalowych, mam wrażenie, że w gronie producentów AAA, takie pomysły nagle zaczęły wymierać, przenosząc się z większych studio wprost do strefy indie. W czasach rozwijających się mocy obliczeniowych pomysł stworzenia pikselkowego cuda, zamiast produkcji, która nie tylko wygląda realistycznie, ale również zapiera dech w piersiach (i, bardzo często w kartach graficznych), wydaje się być nieco kosmiczny.

Sukces Terrarii i Minecrafta nie tylko pokazał, że „do odważnych świat należy”, lecz również zainspirował licznych twórców do stworzenia swojej wersji survivalu.

 

 

Gracz, odpalając Terrarię jest właściwie panem swojego losu. Od niego zależy, czy skupi się na budowaniu domowego ogniska czy rzuci się z mieczem na potwory; czy skupi się na wydobywaniu surowców, dopytując się o możliwości ich wykorzystania „kolegi”, którego dostajemy do pomocy na samym początku gry, czy go rytualnie zamorduje celu przywołania bossa. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze możliwości zaproszenia znajomych do wspólnej gry, rozbudowywanie osiedla w celu sprowadzenia NPC’ów mogących nas uleczyć czy sprzedać nam broń oraz odkrywanie dziwacznych światów kilkaset metrów od lub pod naszym domem. 

 

Jak Filip z konopii, czyli dlaczego o tym piszę

Jeśli graliście w Terrarię i tęsknicie za jej dziwacznym światem, ale gra nie ma Wam już nic nowego do zaoferowania, albo w Terrarię nie graliście, ale chętnie spróbowalibyście przekonać się do niej, Re-Logic zapowiedziało, że właśnie pracuje nad nową odsłoną gry – Terrarią: Otherworld.

 

 

Dlaczego warto zainteresować się nową wersją sandboxa? Otóż, jak zapowiadają twórcy, gra ma połączyć w sobie znany z poprzednich odsłon charakter otwartego świata, który okraszone będzie silnym akcentem na elementy RPG. W grze, poza zbieraniem surowców i wytwarzaniem z nich wszelakiej maści narzędzi, będziemy musieli stoczyć mroczną walkę z przyrodą, nad którą władzę przejęły złe siły.

Terraria: Otherworld ma być spełnieniem marzeń twórców, które powstanie niezależnie od zapowiadanej od dawna Terrari 2.

 

 

Sukces sandboxa nie tylko przerósł najśmielsze oczekiwania twórców, ale również umożliwił im zrealizowanie planów, na które wcześniej nie mieli ani kadry, ani pieniędzy. Co więcej, wbrew pozorom, panom z Re-Logic palma nie odbiła – każda kolejna aktualizacja wypuszczana do Terrarii jest zawsze świetnie dopracowana i pokazuje, że w grze ze świecą szukać można poważniejszych bugów. Historia Terrari pokazuje, że mając nawet ograniczone fundusze, można stworzyć coś na tyle ciekawego, by podbiło serca milionów graczy na całym świecie.

 

 


 

 

O autorze
chinemantischinemantis
60 14

Graczka traktująca swoje pecetowe seanse jako zmyślny substytut koktajlu z czarnego prochu, psylocybiny i tęczowego lukru. Boi się tulipanów, nie cierpi pająków i żyje w swoim własnym science-fiction.

0 Komentarzy