Xbox One przechodzi do historii. Za co go zapamiętamy? - Sprzęt

00
TommyLee

 

W środowisku graczy niewiele było emocji żywszych niż te, które towarzyszyły Xbox One. Dziś, kiedy podstawowa wersja zniknęła z rynku, warto je sobie przypomnieć.

 

22 listopada miną równe cztery lata od ukazania się Xbox One. Żadna z konsol ósmej generacji nie wzbudziła tak dużych kontrowersji, jak propozycja Microsoftu. I żadna nie może poszczycić się historią równie burzliwą, co ona. Rocznica premiery konsoli to najlepszy moment, by przypomnieć sobie wszystkie emocje, które wywołała. Tym bardziej, że od kilku miesięcy Xbox One nie jest już dostępny w oficjalnej dystrybucji, co pozwala spojrzeć na wszystko chłodnym okiem.

 

Oczywiście nie znaczy to, że ze sklepów zniknęły wszystkie konsole z logo amerykańskiego giganta. Nadal możecie bowiem kupić Xbox One S oraz X. Ich pojawienie się zawdzięczamy właśnie problemom, jakie sprawił Microsoftowi pierwszy model z serii. Pamiętacie jeszcze zamieszanie, jakim w gamingowym światku odbiła się prezentacja najbardziej wówczas wyczekiwanej konsoli?

 

Jeśli coś jest do wszystkiego…

…to jest do niczego. To najważniejsza lekcja płynąca z historii Xboxa One. Microsoft miał z początku ambitny plan, by swoją nową konsolę uczynić urządzeniem o dużo szerszej funkcjonalności. Miała być bowiem domowym centrum multimedialnym, konkurującym z takimi urządzeniami jak Apple TV czy Google TV. Plany amerykańskiego giganta były jeszcze ambitniejsze, bo zakładały, że stanie się on także dostawcą treści – seriali, filmów oraz innych formatów.

 

Problem tkwił jednak w tym, że wspomniane platformy miały już swoich fanów, a na premierę urządzenia od Microsoft czekali przede wszystkim gracze. Tych spotkało rozczarowanie, bo jakość gier na konkurencyjnym PlayStation 4 zostawiła daleko w tyle amerykańską konsolę, a lista niedociągnięć dopiero na tym się zaczynała.

 

Najgorszy DRM w historii?

Gracze z wielu krajów (w tym Polacy) narzekali bowiem na niską dostępność nowej wtedy konsoli, która oficjalnie sprzedawana była tylko na 13 rynkach. W naszym kraju gamerzy, którzy marzyli o Xbox One, mogli jedynie sprowadzić go zza granicy, polegając na usługach internetowych pośredników. A te nie zawsze stały na wysokim poziomie, o czym przekonało się mnóstwo osób czekających na swoją konsolę nawet kilka miesięcy.

 

Ci, którym udało się kupić Xbox One, musieli ponadto mierzyć się z bardzo restrykcyjnym systemem zabezpieczeń. Założenia były słuszne. Każda gra była przypisywanego do danego konta, a jego właściciel mógł grać w nią na dowolnej konsoli – wystarczyło się zalogować do systemu. To, co miało ułatwiać korzystanie z urządzenia, stało się niestety dużym problemem, bo utrudniało sprzedaż i kupno gier z drugiej ręki. To ostatecznie rozwścieczyło graczy, którzy w możliwości handlowania grami w dużej mierze upatrywali swojej wolności.

 

Wszystko dobre co się dobrze kończy

Na szczęście Microsoft w porę zareagował i dokonał zmiany na stanowisku szefa działu Xbox. Objął je Phil Spencer, który sam wywodził się z środowisk graczy. Doskonale rozumiał ich oczekiwania i przyzwyczajenia, dzięki czemu zaproponował spójną wizję rozwoju platformy i zachęcenia gamerów do uczestniczenia w niej.

 

Spencer sprawił, że Xbox przestał być ściśle związany z chmurą (dzięki czemu zbędny stał się system zabezpieczeń), wsparł pracowników Microsoft tworzących emulator poprzedniej wersji platformy i zrezygnował ze sterowania głosem, dzięki czemu nowy Xbox nie musiał już być sprzedawany razem z drogim Kinectem. Efekty? Do Xbox One S zaczęli przekonywać się gracze. Historia zakończyła się happy endem – z jednym małym ale. Konsola nie zdołała bowiem wyprzedzić PlayStation, które w ostatnich latach notowało blisko dwukrotnie wyższą sprzedaż. Najważniejsze jednak, że Xbox nie trafił na śmietnik historii.

O autorze
TommyLeeTommyLee
282 0

0 Komentarzy